O błędnych rycerzach, co rumaków wielu na raz dosiadają,
a wszystkie ze stajni VTX’owej.

Niesulickie lasy zapachem żywicy ściągają turystów z całej okolicy,

Tak i tego roku, gdzieś koło jesieni wezwani zostali najbardziej szaleni,

Każdy godło VTX’a prezentował dumnie,

By szlachectwo swe i maszyny okazać jak umie.

a gdy oko ciekawskich na tyle ostygło,

że począł rozum scalać obrazy jak szydło,

i trafił  na słowa przy godle stojące,

przyjaźń z pięknem – rozbłysły, jako wszechmogące.

…,że ciekawi jesteście co było w tym tekście ?

„Swoich nie zostawiamy nigdy!” – też tacy jesteście?

Rozdział 1 (narek)

Noc już była, ręce cicho i delikatnie chłód zaczął otulać. Tu i ówdzie mgła subtelnie rozmywać kontury poczęła. Wiem, że to mgła, bo przecieranie owiewki kasku nic nie dało. Już kilka razy kot, albo pies zbłąkany, jakby dopiero co w legowisku ułożony, po starannym w kółko udeptaniu trawy, grzmotem dwóch potężnych cylindrów VTX’a poderwany, na oślep przez ulany z czerni pasek asfaltu w panice przebiegał.

Monotonię ryku silnika, dudniącą pod kaskiem, próbowałem zagłuszyć myśleniem. Najpierw o tych kierownikach z HD’ków, którzy brata swego pod kołami TIR’a na A4 –ce, za Wrocławiem nie chcieli zostawić, póki prokurator worka z nim nie zapiął. Potem przesuwałem na ekranie świeżych wspomnień twarze zmęczonych, wściekłych, a czasem rozbawionych, kierowców puszek, którym musiałem w oczy przez owiewkę kasku wejrzeć i o kawałek miejsca między ich ciżbą prosić . Nie wiedzieli, ja też nie wiedziałem, czemu autostrada zastygła, ale skoro weekend się rozpoczął, to … Cześć wyległa na asfalt uszczuplając skarbce swoich bagażników starannie na sobotnie posiady zaopatrzonych i dalej pasażerów nimi częstować. Swoich pasażerów, ale i tych, co swoi się stać mieli po pierwszym łyku nowo zadzierzgniętej autostradowo sąsiedzkiej znajomości. Skutkiem czego mimo powszechnej męki trwania w nieruchomej kawalkadzie autostradowego żelastwa podążałem na przód, między tłumem i parkującymi autami, ale Kojot mój odpłacił się sromotnie apetytem nadzwyczajnym, za one skoki na 1 i drugim biegu, i za postoje choćby na czas prośby, albo odmowy poczęstunku. Usadził mnie w końcu mój rumak z innymi, za sprawą braku paliwa, po przebyciu ledwie 20 km w korku.

…Cholera! Zakręt… Chyba odpłynąłem i dopiero kępa krzaków rzucająca się na mnie z rowu przy zakręcie ocknęła z letargu, któremu powolnie ulegałem. Droga, jakby zwężała się i krętą, jeszcze bardziej  się stała. Byle nie zasnąć! Zaczynam śpiewać głośno, głośniej od silnika i wreszcie jest!!! …tablica - NIESULICE.

Ciemno, ale las i bliskość jeziora sugerują, że to już tu. Jest ośrodek wczasowy. Cóż za radość, tyłek z kanapy VTX’a po kilku godzinach podnieść. Idę ku głosom rozbawionym. Śpiew krzyki, śmiech, ani chybi wariaci z naszej bandy. Podchodzę bliżej, ale nikt nie zdaje się nawet znajomym. Dezerter!-myślę tedy - musisz stronę „Galeria użytkowników” do forum dokleić, bo głupio mi, że nikogo nie poznaję. Posłałem w kierunku Cezarego garść fluidów telepatycznych z przesłaniem onym, po czym pytam napotkanych, jak człowiek cywilizację znający „Gdzie Domas i jak się na kwaterę udać?” Ale napotkani bracia jeno słowami Coena Leona mi coś bełkotliwie z melodią chyba od Pendereckiego wziętą odpowiadają, „Alleluja…”, a jeden gestem zamaszystym, z góry w dół, na jezioro pokazuje i duka „…tam popłynęła Agnieszka…” wreszcie, ktoś podniósł się by mi w ucho krzyknąć „Napij się chłopie i nie pie…l”

Tlf do przyjaciela! Domas i Kowias bardziej komunikatywni się okazali i już po 200 m, kawałku parkanu i szlabanie, byłem wśród swoich ;).

Jezu, jaki ten świat piękny! Ośrodek zadbany, czysty, pięknie oświetlony, uśmiechnięty portier szlaban mi podnosi i chatę Domasa wskazuje, wokół błyszczą nasze VTX’y ustawione w grupki jak konie na pastwisku. Domas z uśmiechem jedną ręką wita, drugą w garść wór prezentów wkłada. Tam jezioro, tam nasza biesiada, obok piwo, muzykę sam słyszysz, tu parkingi, a jutro parada - objaśnia. Wreszcie jest, jak być miało…To już i sobie przypomniałem, po co tyle godzin w siodle przebywałem ;)

Noc spokojna, domek na pochwały zasłużył, bo ściany miał solidne, że nawet chrapania swojego nie słyszałem. Wstajemy z rańca. Posilam się wśród uśmiechów z rozpoznawalnymi właścicielami. Słońce wróży udany dzień. W planie miedzy innemi: wyjazd na Międzyrzecki Rejon Umocniony, zwiedzanie bunkrów, spotkania z nietoperzem i posiad obiadowy przy regionalnej kuchni. Ale najpierw trzeba się od stołu oderwać, a tu co rusz nowy kierownik, albo plecak się zjawiają, każdy słowo zamieni , są tacy co i dwa, i czas leci bez miary nijakiej, a tu wyjazd i wsiadanego silniki już grają. Jakże tak!? Przecie jeszcze nie skończone opowiadanie o reprezentacji VTX’owej, która zachodnią rubież wczoraj opuściwszy, do Berlina ku Brandemburskiej Bramie przez Augana powiedziona była.

Uroda naszych plecaczków, motocykli i fantazja kierowników powszechny zachwyt i ciekawość germańską na trasie przejazdu onego wzbudzały. Słońce i dobre humory dopisały. A odprężenie i wrażenia z jazdy po powrocie przypieczętowano wieczorno-nocno-poranną biesiadą nad jeziorem. Nic dziwnego, że ani żwawość, ni oblicza urok już nie takie dzisiaj jako wczoraj ranem były ;)

Ale stajemy i ruszamy w ordynku. Każden silnie nauczony, co mu w kodeksie VTX’owego forum napisano, jak się ma zachować i zdaje się, że wszyscy pięknie sprawdzian praktyczny zdajemy. Śmiga wzdłuż kolumny naszej, co rusz jakaś rozwichrzona peleryna, rażąc otoczenie jaskrawym kolorem i hasłem „VTX Służba Porządkowa”.

        

A gawiedź po drodze mijana, jeno gębę w uśmiechu rozdziawia i na machnięcie przyjazne, któregoś z naszych, tak silnie odmachiwać zaczyna, że pot na jej czołach wyraźnie perlić się zaczynał. Cel pierwszy - odwiedziny Jezuska ze Świebodzina.

I takoż, jak i się wszyscy spodziewali przywitał nas Jezusek Świebodziński z otwartymi ramionami.

A trzeba mu przyznać, że są otwarte jak nigdzie na świecie, znaczy najwięcej się między nimi pomieścić potrafi, tedy i my w całości się mieścimy. Co Jaskół, tradycyjnie na fotografiji umieścił.

Jeszcze tylko filut Beny podszczypnięć ukradkiem kilka zadał, tak coby, ni Buba, ni podszczypywana nie widziały, kto aż tak przyjaźnie się wygłupia. To znów krzyknął ktoś o cyckach zawołanie jurne, a salwą śmiechu tak mocno wydatne, że i Policjanty, baczące porządku rechotem, aż po sił utratę całkowitą, się zaniosły. Humory znaczy tryskają ze wszystkich, tylko Gajor, jakby niewyraźny, ale zdjęcia pozwala sobie robić i kolejkę w tym celu, ku niemu ustawioną obsłużył, mimo nikczemnej z wyglądu kondycyi, która gębę mu okrutnie zmarnowałą.

Gajor, to ten na zdjęciu po lewej.

A kiedy już obawa zaszła, że Jezusek urażonym być może, że nieprzebrane kupy turystów, ku niemu przybyłe, nic ino selfie z VTX’ami sobie czynią, i każden w owych kupach, miast godny pokłon jemu - Jezuskowi - oddać, w naszą bandę się wciska, a zęby szczerząc ku obiektywowi udaje, jakby zaprzyjaźniony z nami był. Oj brać się pora pomyślał każdy, kto VTX szanuje, a Boga wyznaje, bo afront miejscu znanemu czynimy ćmiąc chwałę jego widokiem naszej kompaniji. Siadamy tedy, a silniki nasze, jak Bogu Rodzica, z gardeł wojów średniowiecznych dudnią kolana gapiów uginając i dech w ich piersiach wstrzymując. Jedziemy na Międzyrzecki Rejon Umocniony. Gdzie nietoperz potęgą największa w Europie się zebrał i zimować przywykł w niezmierzonych labiryntach bunkrów, które Germaniec z Prusakiem tu pobudowali, w nadziei na ziemiach tych wiecznego panowania.

Jest i bunkier i chłopie wygadane, co nas ma ku niemu zaprowadzić. A trajkota, o wojnie, o Ruskich i Niemcach, o chłopach z Rzeszy wożonych, co tu fortyfiakcyję oną budowały, jak najęty. A my zasłuchani, ani myślimy odstąpić go dalej, niż uszy nasze słowa wyłowić są zdolne i jak nietoperze, za jego powieścią idziemy. Tedy on rzecze, że nijak mu z nami taką kupą ganiać, bo on słabowitego gardła, a i bunkry miejscami za ciasne, więc dzielić nas próbuje, aż mu się udaje, drugiego gadułę sprowadził.

Bunkier, chłodem wali, z betonowych murów, i straszy gęstwą korytarzy, aż się człek obrusza, jakże to lat tyle temu, kiedy nawet Fejsbuka na świecie nie było, mogli takowe miasta pod ziemią pobudować, gdzie i kolej i inna wojenna struktura miejsce swe silnie inżynierskim rozumem urządzenie znalazły. A to miotacz płomieniów, a to armata wielka, to znów wychodek z pruskim szeregowym, jak żywym na nocniku, wszystko wrażenie wielkie oglądającemu we łbie zostawia.  

Ale nic tak miłym nie było ,jak ten nietoperz co to my do niego w odwiedziny przyszli. Przykleił się do stropu i udaje, że niby nic, ale my wiemy…on tam na muchę czeka, albo i komara, za co atencję, szacunkiem i sympatię naszą zdobył, bo pożytecznym wielce się okazał.

Aniśmy się obejrzeli, jak kilometry bunkra się skończyły i porę jadła rozpocząć nam przyszło. Strawę wiozło kmiotów dwóch, ze wsi nie odległej, ale drogą lichą i jak twierdzili, przez drogę oną powietrze z koła precz im uszło. Nim przybyli powietrza musieli na powrót w dętkę napchać czasu siła mitrężąc. Część braci od czekania pomarła, część ku Jezuskowi zawróciła, by umartwianiu oczekiwania, ascezy i kontemplacyji przydać. Ale którzy ostali żywymi nadal byli, nagrodzenie niezliczoną liczbą powtórzeń serwowanej strawy otrzymali, co jednym na zdrowie innym w kilogramy poszło.  

Pełni wrażeń i jadła ku matecznikowi zawróciliśmy. Zgiełk dnia przycichał i już nawet nie taka pompa powrotowi towarzyszyła, jako z rana. Każdy już myślami przy wieczorze był. A dziać się miały rzeczy wyjątkowe. Domas prócz jadła i picia, wielkie iluminacje i trefnisiów z ogniem tańczących zapowiadał, które to niemal o najwyższą sztukę ocierać się miały. Do tegoż krotochwil tanecznych bez liku, z plecaczkami, które poznikały już czas jakiś temu, by się do swawol onych godnie przysposobić.  Ale nic to wszystko wobec ducha, co w wołaniu zlotowym zaklęty zapowiadał nadzwyczajną potyczkę gigantów, których Wieczór hipnozą swych zaklęć do takiej ekstazy przywiódł, że i reszta braci widząc co się dzieje, siła zachwytów, westchnień i uniesień postradała. Zrodziły się z tego dobra wielkie, szlachetność braci w najznamienitsze klejnoty oprawiając. Takoż i oprawy tej gawiedź prosta nie rozumie, a rycerze  przez skromność sobie przyrodzoną, także nazywać nie chcą. O rzeczach tych niezwykłych i wojach cnót pełnych, do rzeczy i po kolejności w następnym rozdziale kto inny z  Bractwa naszego rozprawi.

O tym jak brać kierowników rzuciwszy się w licytacji odmęty szczęście wielkie urodziła.

Takoż i z godziną 20 kapela już grała, piwo lało się w gardła strugą wielką, zapach rusztu na któren wciąż nowe mięsiwa rzucano połacie, przemieszany z nadzwyczajną wonią nastrojonych na bal wielki plecaczków, uśmiechy, pogaduchy i podrygi towarzystwo nasze silnie zakręciły. Na ten czas Domas wszystkich o uwagę prosząc, wskazał coby za balustrady brzegiem w dół spojrzeć, a tam niczym magii poletko, piaszczysty plac okoliły drzewce płonących pochodni klimat wyjątkowy zapowiadając. I zaczęło się. Białogłowy śmigłe z pochodniami i młodzieńcy chyżo tańcem i dłońmi zręcznymi ogień poczęli zaklinać. Takoż i wszystkim się zdało, jakby to już nie oni, a ogień sam w swoistym sobie tylko kształcie, co się ani opisać ani narysować nie da, bo każdej chwili inny, tańczyć począł z muzyką się za „Pan brat” jednocząc. Oj pięknie było patrzeć, a gdy śród ciemności napis „VTX POLSKA” zapłonął nikt już nie wstrzymywał okrzyków zachwytu. I mnie się to bardzo udatnym wydało, bom wrzeszczał nie ciszej od innych, a i tak we wrzawie ogólnej na się uwagi niczyjej od ogni tańczących nie odwróciłem. Nagle zamilkli tancerze i muzyka. My zaś ani trochę. I dalej bisów się domagać, a w łapy walić, aż popuchły od oklasków. Jeno na chwil ulotnych kilka dali się namówić trefnisie. Brać nasza wyraźnie podekscytowana, ani trochę entuzjazmu rozbudzonego nie odpuszcza. Już, już mieliśmy w tany się rzucić, gdy Domas loteryji ogłosił początek.

Śród nagród zacnych i kuszących, śród okrzyków zadowolenia kierowników i plecaczków wylosowywanych, ani widu ani słychu mojego imienia. Tedym się już powoli w duchu zaczął źlić na całe to rozlosowywanie, bo jakże to, wszyscy już prawie wywołani byli, każdy już prawie, z fantem szczęśliwy losowi dziękuje, a ja, jak ten opuszczony przez Boga, co z wędką na pustyni, ryb kosze pełne sobie marzę i czekam bez efektu. Ale co tam, szybko pocieszać się zacząłem, a brak fartu wyjaśniać, także jakoś dałem rady, że pewnie moim losem w urnę nie trafiłem, a przecie szczęściem innych też mogę się cieszyć. Już mi nawet Domasowa córcia jeszcze piękniejsza się wydała, jak tylko rozgoniłem ten dym czarny co mi świat przez chwile zwątpienia przysłaniał. Wreszcie ogłoszono koniec fantów. Ślinę po cichu przełknąłem patrząc krzywo uśmiecham się do wszystkich, choć każden ino swój fant ogląda i swoją opatrznością się zachwyca. Ale tu jeszcze finał finałów Domas zapowiadać zaczął z Dezerterem.

Jasne! Przecie jeszcze Gral braci naszej, święty, spod palców dostojnego Gajora zrodzony, do przekazania się ostał. I tym razem fart mój, łut szczęścia, krztyna nadziei, opatrzności okruch, anioła stróża westchnienie, czy choćby wulgarne pożądanie, wszystkie one takie jako i na początku u mnie były głodne wykazania swojej skuteczności, coś mi jednak szeptało: „idź bracie precz, a mniej przykrości doświadczysz” i takoż już uczynić miałem, gdym usłyszał „NAREK!!!!!” - wołanie. Tak, to mnie wołano, bym plakat z naszym rumakiem, opatrzony godłem zlotu Niesulice i autografem każdego, z uroczystego miejsca wystawienia odpiął i jako swój odebrał. Nie opiszę com czuł, bom przytomności na ten czas bez woli mej pozbawionym ostał, ale dość że po dziś dzień wielce mile tę chwile wspominam.

Dość już o sobie, bo na scenę wkroczył Wieczór z Rychem i Dezerterem by ogłosić decyzję nie podważalną Pawła „Teperem” zwanego. W ślad za nimi MAZAK już rulon ze starszym Gralem (plakatem) rozwija. Otóż mimo nieobecności swojej Teper przekazał Grala z poprzedniego zlotu na licytacyję, ważąc by grosz każdy z onej uzbierany został na pomoc poświęcon siostry naszej. A było to tak. Stokrotka czas jakiś już temu znać dała i wici rozpuściła o chorobie okrutnej, której nikczemność małą dziewczynkę dopadła. Dziecię Bogu jeno ducha winne, a tu nagle brać, choć siostrą jej nie okrzyknęła, jak siostrę opieką objęła i w końcu jak siostrę pokochała i do grona przyjęła nie bacząc na brak maszyny i wiek mikry, który jeno zapowiedzią przyszłych szlachetnych postępków na ten czas się zdawał. Były już i słowa i datki, odwiedziny na wet dla onej kruszyny choroba targanej, ale Teper pomysł przedni wyimaginował i na rzecz onej dzieciny swego Grala postawił.

Na scenie stało się rojno od chętnych ku trzymaniu mikrofonu, jeszcze więcej wokół onych, gapiów i pomoc ofiarujących się zebrało, oddech wszyscy wstrzymali, a gdy Wieczór zaczął swe zaklęcia krzyczeć, co to na podobieństwo zza oceanu licytacyj były, znów wrzawa wielka wybuchła. Przekrzykiwania, licytacja śmiech i komentarze, a to o Wieczora kunszcie, a to o Tepera pomyślunku. Ale w miarę czasu podążania, coraz więcej komentarzów do hojności licytujących i ich waleczności, poświęconych było. W końcu, gdy liczby krzyczane grubo kilka tysiąców przekroczyły, na placu boju ostali się jeno najwaleczniejsi z walecznych, najszczodrzejszy z możnych i tacy co duchowi w zawołaniu zlotowym zaklętemu nie tylko zawołaniem ale i postawą swoją, godną naśladunku cześć i przymierze okazali. A byli to: Lyroy, Czarek i Góral, wszyscy takoż w swym celu zawzięci, że gdy sumy kolejne przebijali widzom od słuchania we łbach mieszać srogo się poczęło. W końcu rywale przed sekundą, braterstwo i szacunek wielki sobie okazali dzieląc się Gralem takoż, by i sumy wylicytowane w puli ostały, i by każdy z nich u siebie czas jakiś Grala gościł. Pomysł ten z ust Lyroya pierwej wyszedł, ale tak wdzięcznie przyjętym został, że niemal łzy szczęścia nawet u gapiów wycisnął, a maleńkiej Dominice moc grosza przysporzył, który na oręż przeciw sromocie choroby wydany miał zostać. Potem to już cudów cała masa dziać się poczęła, bo i do kapelusza, co wokół krążył dorzucił się niemal każdy, kto wprzódy od licytacyji odpadł, a w końcu wielkim rycerzom co finał wygrali we troje, także inni kierownicy z braci naszej swoje Grale w hołdzie za walkę i jej rozstrzygnięcie tak piękne, oddali. Takoż i Gral od Szwagra i Stokrotki z Żywieckiego zlotu trafił do Górala, Czarkowi dostał się ów z Ryni, a Lyroy zatrzymał Teperowy.

Snadź takoż być miało. Potem już tylko łzy szczęścia Stokrotki, a dni kilka później Dominisi w giezłeczko zlotowe odzianej i rodziców jej, szczerą wdzięcznością pijanych.

A w Niesulicach i tany, i śmiechy, i historyji onej powtarzanie w koło, aż do rana były i dziś jeszcze powtarzane bywają, bo takoż właśnie przyjaźnie się w głowach i sercach mocują. Nic tu po słowach, żal czasu mitrężyć czytaniem, spojrzyj jeno w kalendarz, kiedy zlot następny i do Zamościa podążaj samemu doświadczyć, jak to jest czuć, za i przed sobą przyjaciół co VTX’y kochają i o swoich nigdy nie zapominają.