Popioły Equestrii

Rozdział 3

Autor: DJSzklaż

Pre-reading: Foley

Korekta: Silma, Gandzia

 

Piątka kucyków stała w ciemnym namiocie, rzucając rozmigotane cienie na ubitą ziemię. Oświetlona jedynie kilkoma mrugającymi świeczkami oraz słabym światłem dobywającym się z rogów dwóch alikornów i jednego jednorożca kwatera tonęła w setkach papierów. Rozłożona na prowizorycznym, drewnianym stole mapa, znajdująca się w centrum uwagi zgromadzonych, powiewała lekko na wietrze. Było już ciemno, Luna przed kilkoma minutami wzniosła księżyc na firmament i teraz słabe mleczne światło oświetlało rozwrzeszczany, pijany obóz zwycięzców. Przy niemal każdym namiocie paliło się niewielkie ognisko, wokół którego świętowali żołnierze, pijąc przy tym na umór.

Sandstorm ze znużeniem wyjrzał przez rozchylone poły namiotu na rozpościerające się w dole morze świateł. Był zmęczony, chciał się napić w towarzystwie swojego sztabu i przede wszystkim jak najszybciej iść spać, tymczasem musiał tkwić w namiocie władczyń i kolejną godzinę wysłuchiwać bezsensownych kłótni. Miał dość!

– Proszę to jeszcze raz przemyśleć! – Typhoon położył się niemal ma mapie, gnąc ją przy okazji niemiłosiernie i wpatrując w oczy Celestii. – Canterlot podda się tak czy inaczej, a wróg może uciec, zaszyć się gdzieś w lesie i…

– Dosyć! Powiedziałam już, idziemy na Canterlot. To sprawa najważniejsza, odbicie stolicy! Nie będę uganiała się po lasach w poszukiwaniu niedobitków, kiedy w moim mieście wciąż siedzą rebelianci! – Luna uderzyła kopytem w stół, podrywając na równe nogi Typhoona. Podobnie jak Sandstorm, miała już dość tej czczej dyskusji, dodatkowo denerwowało ją ciągłe negowanie rozkazów przez krnąbrnych generałów.

– Naszym mieście – poprawiła ją cicho Celestia. – Także uważam ściganie tych niedobitków za stratę czasu. Im szybciej dotrzemy do stolicy i pokażemy naszą siłę, tym lepiej dla całego kraju.

– Ale wypuszczanie tych oddziałów jest… – pegazowi zabrakło na chwilę słów. – To może spowodować przedłużające się walki…

– Nie ma już o czym mówić. – Luna odwróciła się od zebranych i wpatrzyła w rozmigotany płomień świeczki. – Wybaczy pan szczerość, ale nie ma pan już żadnych sensownych argumentów.

– Wasza wysokość, a aspekt propagandowy? – milcząca od jakiegoś czasu Yellow Spark postanowiła się w końcu odezwać i podeszła nieco bliżej mapy. Delikatny blask rogu Celestii oświetlił jej pyszczek. Potrząsnęła fioletową grzywą, która po raz kolejny wysunęła się zza ucha i opadła na oczy, przysłaniając całkowicie obraz. – Żołnierze chcą ostatecznie pokonać wroga, morale jest wysokie, podobnie zwykli obywatele…

– Obywatele potrzebują zwycięstwa, nie wyrzynania uciekających – wtrącił się Sandstorm, który za swoją wypowiedź uraczony został lekkim uśmiechem Luny. – Odnieśliśmy to upragnione zwycięstwo, zmiażdżyliśmy przeciwnika. Teraz zostało już tylko tryumfalnie wjechać do Canterlotu. Nikt nawet nie będzie stawiał oporu, widząc naszą potęgę.

– Nonsens! – Typhoon zaczerwienił się ze złości. Co ten szczyl wiedział o prowadzeniu wojny? co on w ogóle tu robił, wśród tak doświadczonych dowódców. – Opór będzie olbrzymi. Rebelianci myślą, że są bezkarni. Pokażmy, że tak nie jest. Niech wiedzą, czym grozi bunt przeciw księżniczkom.

– Mamy ich zastraszyć? Że niby zabijemy wszystkich, jeśli się nie poddadzą? – Lighting Contrail skrzywiła się z niesmakiem i posłała pegazowi pełne pogardy spojrzenie. – My tak nie działamy…

– Co?! Jakie ty możesz mieć w ogóle pojęcie o polityce! – Typhoon wytrzeszczył oczy, spoglądając z nienawiścią na generał. Roztrzęsionym krokiem podszedł do klaczy z miną, jakby zaraz chciał jej przyłożyć. – Jak śmiesz się do mnie odzywać w ten sposób!

– CISZA!!! – Królewski głos Celestii zatrząsł zebranymi, rozszedł się daleko poza namiot, wywołując spore zaciekawienie wśród stojących wokół gwardzistów. – Generale Typhoon, proszę się natychmiast uspokoić, generał Contrail jest pana zwierzchniczką i zwracanie się do niej w ten sposób nie będzie tolerowane.

– Ale wasza…

– MILCZEĆ!!! Nie przerywaj swojej władczyni! Sprawa jest zamknięta, a dalszą dyskusję uważam za zbędną. – Celestia wyprostowała się i popatrzyła z góry na Typhoona złym wzrokiem. Nie podobał jej się ten pegaz, arogancki, przekonany o własnym geniuszu. – Damy żołnierzom odpocząć i wyruszamy pojutrze o świcie. Kierunek Canterlot, powinniśmy dotrzeć tam w jakieś cztery, może pięć dni. Generał Contrail, proszę dopilnować, żeby do wymarszu wszystko było gotowe.

– Jest jeszcze druga ważna sprawa. – Luna zabrała głos, nachylając się nad pomiętą przez Typhoona mapą. – Wreszcie dostaliśmy jakieś informacje o ogólnej sytuacji w kraju.

Zebrani ożywili się, lekko podekscytowani. Była to na pewno ciekawa informacja, biorąc pod uwagę, że od czasu opuszczenia przez księżniczki Canterlotu nie posiadali prawie żadnych informacji o tym, co się dzieje w centrum i na wschodzie kraju. Luna podjęła temat.

– Na zachodzie bez zmian od czasu, kiedy opuściliśmy Baltimare. Natomiast na terenach reszty państwa sprawa ma się w sposób następujący. Tu – wskazała kopytem północne rubieże Equestrii, graniczące bezpośrednio z Kryształowym Królestwem – sytuacja jest względnie opanowana, obecności rebeliantów nie odnotowano. Na wschodzie w okolicach Los Pegasus – wskazała wybrzeże – zacięte walki o miasto toczy 3 Armia, podobnie na północ koło Vanhoofer bije się 1 Armia generała Silver Arrowa. W centrum jest, jeśli się nie mylę, spore zamieszanie. Sytuację w Canterlocie znamy, ale cała okolica pogrążona jest w chaosie. Rebelianci pozajmowali wiele mniejszych miasteczek, większość mieszkańców wsi otwarcie ich popiera, do tego w samym środku tego burdelu zagubiła się 4 Armia, walcząca zdaje się z każdym, kogo napotka na swojej drodze.

W namiocie zapadła cisza. Zebrani przez chwilę wpatrywali się w mapę, aż wreszcie głos postanowiła zabrać Lighting Contrail.

– Wszystko pięknie, tylko… wciąż brakuje nam istotnej informacji.

– Jakiej konkretnie? – zainteresowała się Celestia

– Nastroju społeczeństwa. Nie wiemy, jak zareaguje na wieść o naszym ponownym przybyciu…

– To bez znaczenia! – Typhoon na nowo zapalił się do dyskusji. – Gdy przybywaliśmy do Baltimare, mieliśmy podobne obawy i jakoś wszystko poszło po naszej myśli. Tutaj będzie tak samo, a jeżeli ktoś będzie stawiał opór, to go rozwalimy…

– Generale! – Celestia, mocno już zirytowana słowami pegaza, tupnęła nogą. Prawdę powiedziawszy, księżniczka denerwowała się, ilekroć Typhoon zabrał głos w jej obecności. – Nie uważacie, że cywile wycierpieli już wystarczająco wiele?

– Najwyraźniej nie – zasyczał pegaz. – Poza tym informacje o zamieszaniu w centralnej Equestrii są świetnym potwierdzeniem teorii, że trzeba jak najszybciej pozbyć się niedobitków wojsk przeciwnika…

– Znowu pan zaczyna… – Luna wykrzywiła się, przewracając oczami.

– Jeśli pozwolimy im uciec, przyłączą się do jednej z grup siejących spustoszenie wokół Canterlotu i…

– Dosyć! Nie będę dłużej słuchać tych niedorzeczności! – Celestia spojrzała na pegaza takim wzrokiem, że ten od razu pożałował swoich słów. – Nakreślenie przez moją siostrę sytuacji w państwie nie miało za zadanie sprokurowanie kolejnej czczej awantury, a jedynie przybliżenie wam położenia, w jakim się znajdujemy. Uważam tedy, że nie ma nad czym dłużej rozprawiać. Dziękuje wam za przybycie, narada zakończona.  

Ostatnie słowa księżniczki oznaczały tyle co wynoście się jak najszybciej, a generałom nie trzeba było tego tłumaczyć. Czym prędzej wyszli z namiotu, uciekając jak najdalej od rozgniewanej władczyni. Najszybciej z całej grupy opuścił namiot Typhoon, który pędził teraz w stronę swojej kwatery, gdzie prawdopodobnie miał zamiar upić się do nieprzytomności. Sandstorm, cokolwiek rad z zakończenia narady, ruszył do własnego obozowiska, gdzie miał nadzieję spotkać resztę swojego sztabu i razem świętować zwycięstwo. Koło niego lekkim truchtem podążała Yellow Spark, rechocąca pod nosem z reakcji Celestii na słowa Typhoona. Klacz z radości aż zataczała się, co chwilę obijając się o bok ogiera i potykając o wystające z ziemi kamienie. Podobnie jak Sandstorm, chciała się napić w dobrym towarzystwie, tyle że takiego nie posiadała. Jej oficerowie wydawali się być zbyt sztywni, ponurzy, nigdy nie znajdowała z nimi wspólnego tematu.

W pewnym oddaleniu od dwójki spokojnym krokiem maszerowała Lighting Contrail, z rozmarzeniem wpatrując się w przepiękne tej nocy, bezchmurne niebo, usiane tysiącami gwiazd układających się w niezliczone ilości konstelacji. Czerń nieba przecięła spadająca gwiazda wlokąca za sobą długi ogon, zostawiając na firmamencie jaśniejącą smugę. Oby ta wojna jak najszybciej się zakończyła – pomyślała klacz, przymykając oczy. Serdecznie jej nienawidziła, nienawidziła wszystkiego, co z nią związane, nienawidziła tego przeklętego obozu, tych wszystkich żołnierzy, oficerów i generałów. Chciała wrócić do domu, do Canterlotu, położyć się na szaro-zielonej, zmechaconej kanapie w salonie i odpocząć, zapomnieć o wszystkim, co do tej pory się wydarzyło. Ale nie mogła, musiała walczyć do końca, dowodzić tą bandą skończonych drani, musiała zabić wszystkich rebeliantów, zniszczyć ich tak, jak oni zniszczyli jej dom, jej życie. Jej rodzinę. Potrząsnęła głową. Nie czas na rozpamiętywanie wszystkich tych przykrości, teraz jest czas na świętowanie. Tylko z kim? Jak zwykle z samą sobą.

– Widziałeś jego minę! – Yellow Spark aż podskoczyła z radości. Podążała ciągle za Sandstormem, mimo że droga do jej części obozu już dawno odbiła w bok. Łagodny do tej pory stok stał się dużo bardziej stromy, a pokrywająca go bujna trawa stała się śliska jak cholera. Podskakująca z radości klacz zauważyła to jednak zbyt późno i poślizgnąwszy się, wylądowała z piskiem na ziemi. – Psiakrew… – mruknęła, otrzepując się z powyrywanych źdźbeł trawy i grudek mokrej ziemi. Rozejrzała się z niepokojem, czy żaden legionista nie widział jej kompromitującego upadku, a nie dostrzegając nikogo, odetchnęła z ulgą. Jej spokój został jednak szybko przerwany przez napad śmiechu u Sandstorma. Poważny do tej pory generał rechotał na cały głos, chwiejąc się niebezpiecznie na nogach. W końcu usiadł na wilgotnej trawie, nie mogąc ustać i bojąc się, że podzieli los klaczy.

– No i czego! – warknęła Yellow, udając rozgniewaną. Nie udało jej się, po chwili parsknęła śmiechem, wtórując ogierowi.

– Spark. – Sandstorm wciąż z szerokim uśmiechem spojrzał na towarzyszkę. – Masz zamiar pić dzisiaj z tą bandą rogatych nudziarzy?

– Zapewne będę musiała, a co? – spytała, spoglądając z kpiącym uśmieszkiem na mijającą ich właśnie, zapatrzoną w gwiazdy Lighting Contrail.

– Chodź ze mną – palnął. – Do mojego sztabu.

– No nie wiem… – Yellow Spark podrapała się po głowie i spojrzała przeciągle na ogiera. – Jeszcze ktoś pomyśli, że przyjaźnisz się z jakimś jednorożcem…

– Walić to. – Sandstorm wstał wreszcie z zimnej ziemi i począł otrzepywać obklejoną źdźbłami trawy sierść. – Idziesz czy nie?

– Idę. – Klacz zarzuciła grzywą i dumnie spojrzała na rozświetlony tysiącami świateł obóz. Z niewielkiego wzgórza, na którym się znajdowali, wyglądał pięknie, iście niczym nocny Manehattan, po którym tak często spacerowała. Tęskniła za nim, bardzo tęskniła.

                Ruszyli w dół zbocza w stronę jednego z większych namiotów, stojącego na środku obozu, tuż koło placu apelowego. Porozwalani wokół alejek legioniści, pijani, grający w karty, klnący lub śpiewający ochryple nieprzyzwoite pieśni, nie zwracali najmniejszej uwagi na przechodzącą dwójkę generałów. Sandstormowi absolutnie to nie przeszkadzało, cieszył się w duchu, że oszczędzone zostaną mu propozycje chlania razem z prostymi żołnierzami, natomiast Yellow Spark wyglądała na lekko zniesmaczoną.

– Rozumiem, że podobnego klimatu mam się spodziewać w namiocie dowódców? – Klacz uniosła brew, spoglądając z ukosa na Sandstorma i powoli żałując, że jednak nie została ze swoim nudnymi podkomendnymi.

– Eee… Będzie dużo lepiej – uśmiechnął się ogier, ignorując lekkie przerażenie malujące się na pyszczku Yellow Spark.

No to się wkopałam. – Klacz pokręciła z dezaprobatą głową – Nie ma co.

 

***

 

– Panie generale, czy na pewno? To podobno wbrew przepisom…

– Nie kwestionuj moich rozkazów! – Typhoon spojrzał ze złością na nieposłusznego legionistę. Bardzo chciałby zajrzeć mu głęboko w oczy, jak czynił to jego przełożony w szkole oficerskiej, ale był za niski. Był to kolejny powód jego niezadowolenia. Na dodatek wiało jeszcze silniej niż w trakcie bitwy i zawodzący potwornie wiatr utrudniał rozmowę. – Zaczniecie jeszcze tej nocy, gdy cały ten przeklęty obóz będzie leżał pijany. Oczekuję jak największej liczby informacji.

– Tak jest! – Legionista przymknął oczy, chroniąc je przed kolejnym wysuszającym podmuchem wiatru. – Ale panie generale, gdzie…

– Czekaj że, jeszcze nie skończyłem! – Generał zachrypł już cokolwiek od przekrzykiwania wiatru i wyglądał na naprawdę złego. – Weźmiecie sobie jeden z namiotów wyższego dowództwa, żeby dużo miejsca było, rzucicie zaklęcie wytłumiające na całość i wystawicie wartę. Nikt nie może dowiedzieć się, co robicie, rozumiesz?

– Tak jest!

– I nie warzcie mi się pić. Chcę, żebyście byli w najwyższej możliwej formie!

– Tak jest. – Entuzjazm zniknął z głosu legionisty. Całą noc nic nie pić? A to skurwiel.

– Dobrze. – Typhoon uśmiechnął się dobrodusznie, wymijając żołnierza.  – To wszystko, możecie odejść.

Legionista w wyjątkowo podłym nastroju zasalutował i czym prędzej oddalił się, znikając we wszechobecnym mroku. Generał, mrucząc pod nosem, wkroczył zamaszystym krokiem do stojącego dosłownie kilka metrów dalej namiotu, z którego dochodziły radosne krzyki i śpiewy. Czas uczcić to wielkie zwycięstwo.

 

***

 

Lightning Dust, spięta jak rzadko kiedy, siedziała przy dość pokaźnych jak na warunki obozowe rozmiarów stole i z głupawym uśmieszkiem przyglądała się zebranym. Wciąż nie do końca wiedziała, co robi wśród dowódców legionu pegazów. Czyżby zdobycie chorągwi przeciwnika zrobiło aż tak wielkie wrażenie, że została zaproszona do namiotu najważniejszych pegazów w jednostce? Rozpierała ją duma, większa nawet niż po wygraniu bitwy. Zdobyła to, co pragnęła, zainteresowanie. Trochę żal jej się zrobiło Sunny, Red podobno trafił do szpitala, a współlokatorzy namiotu albo poginęli, albo podzielili los czerwonego pegaza i teraz nie miała z kim się bawić. No cóż, bywa.

Rozejrzała się z zainteresowaniem po wnętrzu. Namiot był przepastny, na środku stał stół, wokół którego zgromadziło się kilkanaście kucyków. Pod ścianami stały ustawione w rzędzie beczki z cydrem, wszystkie skonfiskowane po drodze jakimś farmerom, choć oficjalnie zdobyte na wrogu, na kilku stolikach leżało jakieś podejrzanie pachnące i paskudnie wyglądające żarcie. Pod sufitem, na drewnianym drążku, wisiał nieduży kandelabr, dający nędzne, rozdygotane światło. Za rozstawionymi stołami siedzieli rozwaleni na niewygodnych, gryzących niemiłosiernie leżankach dowódcy turmai, sztab całego legionu i oczywiście sam generał Typhoon.

        Lightning zagapiła się na najstarszego stopniem pegaza, ignorując padające zewsząd ciekawskie spojrzenia zebranych. Co jak co, ale obecność zwykłego, szarego legionisty wśród tak „doborowego” towarzystwa była, lekko mówiąc, nietypowa. Siedzący po prawej ogier przez dobrych kilka minut gapił się bezczelnie na klacz z głupawym wyrazem twarzy, mającym zapewne udawać pełne zrozumienie powodu wizyty Lightning. Ciekawość jego i kilku pozostałych zebranych została dość szybko zaspokojona przez powstałego Typhoona, który, dzierżąc pokaźnych rozmiarów drewniany, lekko wyszczerbiony kufel, począł witać wszystkich zebranych. Miętowa klacz z całych sił starała się zrozumieć, o co pegazowi chodzi, ale za każdym razem łapała się na myśli, że generał, lekko pijany, nie zdaje sobie sprawy, co dokładnie mówi, bo bełkotu, który wychodził z jego ust, nie odszyfrowałby absolutnie nikt. Żaden tedy z obecnych nie pojął, o co Typhoonowi chodzi, jedyne, co wypowiedział w miarę składnie, było przedstawienie Lightning Dust jako tej, która samodzielnie zdobyła chorągiew wrogiego legionu.

Po tej krótkiej, acz niezrozumiałej i arcychaotycznej przemowie w namiocie zapadła cisza. Zebrani próbowali przetrawić to, co przed chwilą usłyszeli, a gdy im się to udało i zrozumieli, że był to kompletnie pozbawiony sensu stek bzdur, zaczęli głośno rozmawiać. Jeden z obecnych, najwyraźniej bardziej obyty w przemowach Typhoona, zerwał się nagle z leżanki, uniósł kufel i zawył.

– Zdrowie Lieing Dash! Zdobywczyni wrogiej chorągwi! – Po czym wychylił naczynie niemal do dna, rozlewając część cydru na własną pierś. Zgromadzeni chórem podjęli toast, unosząc własne kufle, a Lightning Dust omal nie zeszła z dumy, wypinając się z radością niczym najwięksi generałowie przyjmujący paradę zwycięstwa. Ktoś poklepał ją po plecach, ktoś rzucił pochlebną uwagę, klacz była spełniona. Przez te kilka minut upajała się chwałą zdobytą kosztem piątki pegazów, bezsensownie posłanych do walki z kilkukrotnie silniejszym przeciwnikiem. Ale cóż znaczyły te kucyki, kiedy ona zdobyła to, o czym marzyła? Niewiele, a było warto, o tak, z pewnością było warto.

Zabawa powoli się rozkręcała. Coraz to nowe beczki opróżniano w szaleńczym tempie, wychylając kolejne kufle. Część gości, obdarzonych nieco mniejszą tolerancją, już po niecałych dwóch godzinach leżała pod stołem, chrapiąc, rzygając bądź bełkocząc coś bez ładu i składu. Lightning Dust, zaprawiona w alkoholowych bojach, trzymała się całkiem nieźle, mimo wypitych już kilku kufli złocistego cydru. Siedzący obok pegaz, który po bliższym poznaniu okazał się być, ku zaskoczeniu miętowej klaczy, jej dowódcą, wychylił się niebezpiecznie nad stołem i nieco roztrzęsiony nalał Lightning kolejną porcję trunku. Po przeciwległej stronie stołu poderwał się nagle jeden z trybunów i z nieprzytomnym wzrokiem zagapił się na jedną z klaczy, podobnie ledwo mogącej utrzymać równowagę. Podniósł w górę kufel i ochrypłym głosem wybełkotał.

– Miiiiiiiaa… anuję cię… See… storm… najiszą generałom… Equesrii… – Zatoczył się i klapnął ciężko na leżankę, bryzgając na boki cydrem. Zobligowana klacz postanowiła odpowiedzieć równie szczodrym awansem, niestety nie była w stanie już się podnieść, więc siedząc, podniosła kopyto i zaczęła:

– Aaa… ja miiianuję ciiiię… no, tym… najwyszzzym dowóco… floyyy… – Uradowana opuściła nogę, patrząc na kraśniejącego z zachwytu pegaza.

– A ja! – zawył nagle szaro-niebieski oficer, siedzący tuż koło wejścia do namiotu. – Miaaaa… aanuję geeneraaaała… Typoona… wielkim skarbnikiem! – Ostatnie dwa zdania wykrzyczał nadspodziewanie zrozumiale. Ci z zebranych, którzy jeszcze byli w stanie zrozumieć, co dookoła nich się dzieje, ryknęli głośnym, pijackim śmiechem. Typhoon jednak wyglądał, jakby przed chwilą ktoś publicznie go spoliczkował. Czerwony ze złości, chwiejąc się na nogach, wstał i klnąc jak przystało na jednego z najwyższych dowódców armii equestriańskiej, podszedł do uradowanego własnym żartem pegaza. Od reprymendy, której następnie udzielił, Lightning Dust omal nie zwiędły uszy. Ze zdziwieniem spojrzała na siedzącego obok dowódcę 16 Turmai.

– A je… jemu o co… chodziii – spytała, lekko kołysząc głową.

– Hehehe… To taaki żart. – Jej rozmówca okazał się być we wcale nie najgorszej formie i podobnie jak miętowa klacz wysławiał się na razie bez większych problemów. – W… dawnych czasach. Daaawno temu… rozumiesz? Hahaha… Skarbnikami zostawały… tylko eunuchy… – wypowiedziawszy te słowa, odchylił się do tyłu i zawył z dzikiej radości. Po chwili dołączyła do niego Lightning, rechocąc z idiotycznie śmiesznego żartu i coraz bardziej narastającej kłótni. Typhoon, purpurowy z gniewu, próbował zdaje się wskoczyć na stół, by z góry spojrzeć na dowcipnego oficera, niestety jedyne, co udało mu się zrobić, to zatoczenie się do tyłu i rozlanie cydru.

– Duuust… – Oficer spoważniał na moment i spojrzał lekko błędnym wzrokiem na klacz. – Ty to… kurwa odważna jesteś – w przypływie szczerości wyznał myśl, którą od dawna trzymał w sobie. – Mianuję… cię dekurionem, albo… i centurionem… naprawdę – dodał, jakby obawiając się, że jego słowa zostaną potraktowane jako kolejny głupawy kawał.  

Lightning Dust spojrzała, uśmiechając się od ucha do ucha na dowódcę i spróbowała zasalutować. Nie wyszło. Wyszczerzyła tylko zęby i wrzasnęła na cały głos ochryple:

– Taaak jest!

Z czasem popijawa przygasała, zebrani jeden po drugim walili się pod stół, zasypiając niemal natychmiastowo. Kilku chrapało, opierając głowy o blat albo wręcz leżąc w porozrzucanych resztkach jedzenia, z dziwnie powykręcanymi nogami i pootwieranymi pyszczkami. Ostatnimi jeszcze przytomnymi w namiocie kucykami byli Lightning Dust i jej dowódca. I na nich wkrótce przyszedł czas. Oficer oparł ciążącą mu coraz bardziej głowę na stole i tak już pozostał, a klacz, której zabrakło jakiegokolwiek towarzystwa, powoli, ledwo trzymając się na nogach, ruszyła w stronę wyjścia z namiotu. Niebo powoli szarzało, księżyc schował się za horyzontem i tylko czekać było na słońce, które za moment powinno zostać umieszczone na nieboskłonie przez Celestię. Lightning Dust po raz ostatni obejrzała się na nieprzytomnych dowódców. Ta banda, pijana jak świnie, leżąca pokotem na obrzyganej ziemi, ledwo żywa po nocnych ekscesach, śmiała nazywać się elitą Equestrii, potomkami największych kucyków, jakie widział świat, spadkobiercami tradycji swych szlachetnych rodów i ostatnimi obrońcami księżniczek. Klacz pokręciła głową, parsknęła z dziwnej niekontrolowanej radości i potykając się co krok, ruszyła w dół zbocza w stronę własnego obozu.

 

***

 

Sandstorm obudził się we własnym łóżku, obolały i niewyspany. Rozejrzał się po wnętrzu, a przekonawszy się, że wszystko, nie licząc przewróconej szafki nocnej, jest na swoim miejscu, wstał, podpierając się przednimi nogami. Zerknął na bok i ze zdziwieniem stwierdził, że obok jeszcze chwilę temu ktoś leżał, cała lewa strona wyra wygnieciona była przez innego kucyka. Ogier pochylił się nad brudnawym przykryciem i wyciągnął zeń zaplątany, fioletowy włos z grzywy. Lekko skonfudowany podrapał się po głowie; znał niewiele klaczy z grzywami tego koloru, a pierwszą, która przyszła mu do głowy, była generał Yellow Spark. Czyżby po pijaku doszło między nimi do czegoś poważniejszego…? Możliwość przespania się w pijanym widzie z ogierem odrzucił od razu gdy podobna myśl zagościła w jego głowie.

Chwilę jeszcze rozmyślał o tym, co mogło wydarzyć się poprzedniej nocy i wstał niepewnie, szykując się do opuszczeni namiotu. Może Apple Fritter będzie wiedziała, co tu zaszło? Chociaż z drugiej strony jakoś nie bardzo uśmiechała mu się perspektywa pytania podwładnej, czy ostatniej nocy przypadkiem nie kochał się z klaczą, bo nic nie pamięta. Pokręcił tylko z rezygnacją głową i zaczął szykować się do wyjścia. Dziś w południe przewidziana była kolejna narada i nie chciał się spóźnić.

Po chwili szedł już w dół obozu, rozglądając się bacznie na boki. Jak poinformowała go Apple Fritter, była dopiero ósma, a jako że do południa nie miał w zasadzie nic do roboty, postanowił przejść się po obozie i pośmiać z pijanych legionistów. Trzeba było przyznać, że zdolność żołnierzy do gromadzenia zrabowanego cydru była niesamowita. Niemal każdy namiot wyposażony był w ilość spokojnie wystarczającą na całonocną zabawę, co było zresztą dobitnie widać po leżących wokół, dopalających się ogniskach kucyków. Obóz wyglądał jak wymarły, okryty gęstą mgłą przywoływał na myśl sceny z głupawych obrazów, mających na celu jedynie przestraszyć obserwatora. Oprócz Sandstorma po obozie przechadzało się kilku żołnierzy, którym akurat tej nocy wypadła warta i teraz, klnąc pod nosem, wracali do namiotów, przemarznięci i źli.

Ogier wkroczył na plac na środku obozu i ze zdziwieniem dostrzegł, że przed namiotem należącym do oficerów 3 Legionu „Harmonia” stoi dwóch wartowników. Co do cholery… Sandstorm z niepokojem podszedł do legionistów. Już miał wypytać wyraźnie zmieszaną i ewidentnie niezadowoloną jego obecnością parę, gdy coś usłyszał. Jakby przytłumiony krzyk, wysoki, cienki wrzask klaczy. I znów. Zmrużył brwi z niezadowoleniem. Czyżby jego podwładni wynajęli jakąś pannę i teraz się z nią zabawiali? Ale po co w takim razie ta warta, wstydzili się czy co?

– Co tu się dzieje? – zapytał, świdrując wartowników wzrokiem. – Czego tu tak wystajecie?

– Eee… – Żołnierz zakłopotał się. – My ten… wie pan, panie generale, namiotu pilnujemy. – Zaryzykował, a jego towarzysz pokiwał ochoczo głową.

        – Namiotu pilnujecie, no niewątpliwie. A można wiedzieć, czego konkretnie? Bo nie wydaje mi się, żeby oficerowie sztabowi potrzebowali aż takiej ochrony. – Sandstorm podszedł bliżej.

– My… w sumie, panie generale, to…

– No, gadajcież! – warknął, niezadowolony niezdecydowaniem legionistów. – Nie wiecie, czego tak chronicie? Zaraz wam powiem. – Sandstorm ruszył w stronę wejścia, ale niespodziewanie dokładnie przed nim wyrósł jeden z żołnierzy.

– A cóż to? Zagradzacie drogę własnemu generałowi!?

– Proszę o wy… wybaczenie. – Żołnierz zatrząsł się ze strachu. – Ale generał Typhoon zabronił…

– Generał Typhoon, powiadasz… Niestety, ale ta część obozu podlega mnie! I tylko ja decyduję, gdzie mi wolno, a gdzie nie wolno wchodzić! – Legionista skurczył się i mało nie rozpłakał, ale wytrwał na swojej pozycji. – Hmm… Trudna sprawa, co? – Sandstorm pokiwał głową. – Jeżeli mnie przepuścisz, złamiesz rozkaz generała Typhoona i w najlepszym razie dostaniesz sto batów, jeżeli natomiast mnie nie przepuścisz, w najlepszym razie tylko cię powieszę. Nieciekawe perspektywy, co? Ale wiesz co, możemy dojść do porozumienia. – Legionista, który ku uciesze Sandstorma cały drżał ze strachu, nadstawił z nadzieją ucha. – Ze środka co chwilę słyszę jakieś dziwne, niepokojące odgłosy. Zaspokój moją ciekawość i powiedz, co się tam dzieje, a ja może nie karzę cie aresztować.

Legioniści popatrzyli po sobie, po czym ten blokujący przejście odezwał się. Słowa były nieco niewyraźne, gdyż cały czas dzwonił zębami, ale dało się go zrozumieć.

– Generał T-t-t… Typhoon kaza-a-ał znaleźć j-j-jakiś pusty namiot i… – przełknął ślinę. – P-przesłuchać… p-p… pojmanego d-dowódcę przeciwnika.

– Ale dlaczego w moim obozie – zezłościł się Sandstorm, po czym zamilkł porażony informacją, którą przed chwilą usłyszał. – Przesłuchujecie w środku jakiegoś generała? Czy was całkiem pokurwiło?! – ryknął, tracąc kontrolę nad sobą. – Tu, pod nosem Celestii, torturować oficera przeciwnika!?

– Panie generale, proszę… – Drugi z legionistów z błagalną miną podbiegł do ogiera. – Bo ktoś usłyszy i…

– Masz rację… ktoś usłyszy. – Sandstorm zerknął przez ramię. – Dobra, wy dwaj nie ruszajcie się stąd. Jakby przeszedł tu Typhoon, to tej rozmowy nie było. Aha… i na przyszłość moglibyście wytłumić ściany, żeby cały obóz nie słyszał tych wrzasków.

– Wytłumiliśmy…

Generał popatrzył po legionistach z niekrytą odrazą i ruszył z powrotem w stronę namiotów najwyższego dowództwa. Jego niespodziewana inspekcja musiała zostać chwilowo odroczona w czasie, miał ciekawą informację o Typhoonie i musiał się nią z kimś podzielić. Pogoda psuła się coraz bardziej. Czarne chmury nadciągnęły, zasłaniając całkowicie niebo, temperatura spadła, zrobiło się też dużo ciemniej; jedyną rzeczą, która się nie zmieniła, był ciągle wiejący wiatr. Najwyraźniej w ogarniętym chaosem centrum kraju nikt nie kontrolował pogody. Sandstorm przeszedł w poprzek plac i ruszył ścieżką w stronę namiotu generał Lighting Contrail. Nie był pewien, czy to dobra decyzja, w końcu była to tylko nędzna plebejuszka, ale nie mógł zmarnować szansy na pozbycie się Typhoona z armii. Miał na niego haka i trzeba było to wykorzystać, zwłaszcza że generał wyjątkowo uczulona była na jakąkolwiek przemoc w stosunku do jeńców.

Żołnierze wciąż jeszcze spali, kompletnie nieprzygotowani na ewentualny atak przeciwnika. Oczywiście w okolicy nie było nawet oddziału rebeliantów, zwiadowcy generał Contrail zbadali dokładnie cały teren w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Ogier minął właśnie rozwalonego na środku przejścia legionistę i już chciał skręcać w alejkę prowadzącą na szczyt wzniesienia, gdy usłyszał dobrze mu znany głos.

– Sandstorm! – Odwrócił się. W jego stronę biegła z rozwianą grzywą Yellow Spark, lewitująca przed nosem jakiś przedmiot. – Patrz! – krzyknęła, podając mu coś, co okazało się być gazetą. Ich obozową propagandówką. – No, czytaj!

Ogier przysiadł na pokrytej kurzem ziemi i zerknął na pierwszą stronę. Wytrzeszczył oczy i zmiął ze złości papier.

– Co to za bzdety?! – ryknął.

Na górze gazety wielką czcionką widniał napis „Heroiczna szarża generała Typhoona zadecydowała o wyniku bitwy”.

– Co za gnój to pisał?! – Sandstorm skoczył na równe nogi i nie czekając na odpowiedź, zmienił o sto osiemdziesiąt stopni kierunek swojego marszu i popędził w stronę obozowej drukarni. Pomysł księżniczki Luny z drukowaniem propagandówki przez samą 2 Armię był niezły. Rozprowadzana po obozie i czytana przymusowo przez wszystkich legionistów, sukcesywnie podnosiła morale dziesiątkami pustych frazesów i podkolorowanych opisów nielicznych, do tej pory, zwycięstw. Jednak największym osiągnięciem było wysyłanie kurierów z pismem po całej okolicy wokół obozu armii i informowanie cywili o sukcesach wojsk księżniczek.

– Czekajże! – Yellow pognała za Sandstormem, mimo niewyspania i fatalnego samopoczucia dotrzymując mu kroku. – Co niby chcesz osiągnąć? Obić gębę redaktorowi?

– Tak! – odparł, nie namyślając się długo.

– Stój, do cholery! – Niezadowolona brakiem reakcji ze strony ogiera Yellow Spark rozjarzyła róg i złapała Sandstorma za ogon. – Stój!

– Czego chcesz? – Zły ogier spojrzał z ziemi na klacz. Niespodziewane szarpnięcie do tyłu rozłożyło go na środku ścieżki.

– Gdzie lecisz? I po jaką cholerę? Sklepać redaktora, co ci to da? Już lepiej iść do tej Contrail, niech ona martwi się gazetami, albo i do księżniczek…

– Akurat te ostatnie nie mają nic do roboty jak kłócić się z pismakami. – Sandstorm zakpił i wstał, otrzepując się z kurzu.

– Myślę, że nie mają zbyt dużo obowiązków. My odwalamy przecież największą część…

Ogier pokręcił ze zdenerwowaniem głową, rozglądając się po okolicy. Dzień zapowiadał się fatalnie już od samego początku. Mgła, wyżej czarne chmury, przenikliwie zimny wiatr, tortury na terenie obozu, a teraz jeszcze to!

– Do Contrail, mówisz? A co ona poradzi, drży ze strachu przed podejmowaniem jakichkolwiek radykalnych działań, że księżniczki zwolnią ją z pozycji. A zresztą… – Machnął z niezadowoleniem kopytem. – Może i masz rację, i tak mam do generał pewną… sprawę.

 

***

 

Generał Lighting Contrail stała przed swoim namiotem i z niepokojem obserwowała pogodę. Chmury nie zwiastowały niczego dobrego, a ostatnią rzeczą, której potrzebowali tuż przed wyruszeniem w dalszą drogę, był ulewny deszcz. Odwróciła się naburmuszona na dźwięk kroków. Na szczyt wzniesienia, tuż koło miejsca rozbicia jej kwatery, wdrapały się dwa kucyki. Sandstorm i Yellow Spark. Contrail z mieszanymi uczuciami spojrzała na parę. Z jednej strony nie cierpiała ich z całych sił, z drugiej jednak ciągła samotność była dla niej wyjątkowo nieprzyjemna. Wprawdzie często widywała się z księżniczkami albo z pomagającym jej legionistą, ale były to wizyty czysto służbowe, nie miała z kim pogadać na luźno. O niczym. Nie, nie, z tymi dwoma na pewno sobie miło nie pogada. Odwróciła się z niechęcią od generałów i spojrzała ponownie na horyzont, gdziem jak się jej wydawało, już padał deszcz.

– Pani… generał – zaczął niespodziewanie Sandstorm. – Możemy prosić panią do namiotu? Mamy kilka ważnych spraw do obgadania.

– Ważne, mówicie? – Lighting, nie odwracając się, przemówiła lodowatym głosem. – Zapraszam w takim razie.

Namiot generał urządzony był bardzo podobnie do namiotów reszty generalicji. Na środku stał niewielki, zarzucony papierami stolik, pod ścianą leżało coś na kształt łóżka, a zaraz obok stała szafka z ustawioną nań misą.

– Więc? – Contrail przysiadła za stolikiem, bacznie obserwując gości. – Z czym przychodzicie?

– Właściwie, pani generał, te sprawy są ze sobą powiązane. – Yellow Spark spojrzała ze zdziwieniem na Sandstorma.

Lighting Contrail zmrużyła oczy.

– Pierwsza sprawa. – Sandstorm rzucił propagandówkę na stolik. Generał podniosła ją z niechęcią – otwarcie brzydziła się tym szmatławcem – i przeczytała nagłówek.

– No i cóż? Lekka nadinterpretacja faktów. – Spojrzała wyzywająco na ogiera, jakby drwiąc z jego bezsilności.

– Lekka? To kłamstwo! Kompletne zignorowanie dokonań moich i generał Yellow Spark. Niechybnie kolejna prowokacja Typhoona…

– Czy pan lekko nie przesadza? Typhoon miałby sabotować gazetę, żeby zagrać panu na nerwach? Jeżeli chce się go pan pozbyć z wojska, proszę wymyślić coś bardziej wiarygodnego i nie marnować mojego czasu na takie bzdury! – Sandstorm poczerwieniał ze złości. Ta przeklęta klacz przejrzała jego zamysł już po kilku minutach konwersacji? Z drugiej strony, źle się do tego zabrał…

– Typhoon od dawna próbuje zignorować dokonania innych ras na rzecz pegazów, podobnie jak przedtem Elita Canterlotu. Zapomniała już pani, że był to jeden z powodów, dla którego wybuchła ta cała rebelia? Rasizm…

– Dosyć tego. – Lighting wstała, rozzłoszczona wzmianką o faworyzowaniu pegazów.

– Nie interesują pani sprawy wewnętrzne jednostki? – wpadła jej w słowo Yellow Spark. – Może jest pani zadowolona z tego artykułu, w końcu też pani jest pegazem…

– Co takiego? – Głos Contrail był cichy i niepokojąco spokojny. Sandstorm z niepokojem spojrzał na przełożoną. Jednorożec powiedziała dokładnie to, co myślał, ale wypowiedzenie tego na głos w obecności dowódcy nie było najlepszym pomysłem. – Za kogo wy dwoje się uważacie? Myślicie, że jeżeli pochwalicie mi się swoim szlachetnym pochodzeniem, zesram się ze strachu? Że nie mogę was udupić? Teraz?! Jeszcze jedna taka uwaga, a wylądujecie przed sądem za brak szacunku dla stopnia! I gówno mnie obchodzi, z jakiego zasranego rodu pochodzicie, u mnie w armii pochodzenie nie ma żadnego znaczenia! A teraz wynoście się, póki nie zmienię zdania i was nie zamknę!

– Ale pani generał. – Sandstorm, czerwony z gniewu i upokorzenia, powstrzymał Contrail. – Jeszcze jedna sprawa, obiecuję, że jest dużo ważniejsza…

– Czyżby! – Generał zmierzyła Sandstorma złym wzrokiem, na Yellow Spark nawet nie spojrzała. – Gadajcie, tylko szybko!

– Dziś rano, gdy przeprowadzałem… inspekcję, natknąłem się na dwóch legionistów pilnujących namiotu…

– Streszczajcie się! Nie mam zamiaru wysłuchiwać opowieści o waszym dzisiejszym poranku! – warknęła Lighting.

– Po zadaniu pytania legioniści odpowiedzieli, że nie mogą wyjawić, co znajduje się w środku, na mój rozkaz o przepuszczenie nie zareagowali. W końcu po pewnej chwili uzyskałem informację, że w środku z rozkazu Typhoona odbywa się przesłuchanie jakiegoś generała… – Yellow Spark popatrzyła ze zdumieniem na Sandstorma, Lighting tylko wykrzywiła się w złym grymasie.

– Mam rozumieć, że nie kontroluje pan sytuacji w podległej panu części obozu? Że inni generałowie żądzą się tam jak u siebie?

– Nie, nie, nie, nie oto chodzi – zmieszał się ogier.

– Jakim w takim razie cudem generał Typhoon przywłaszczył sobie jeden z namiotów należących do pana jednostki bez pytania? Może to dlatego, że w nocy zamiast kontrolować sytuację, gził się pan z innymi oficerami!? – Sandstorm zaczerwienił się jak wiśnia i kątem oka zerknął na Yellow, która dla odmiany zbladła. – Myślicie, że nie wiem, co dzieje się w tym przeklętym obozie?! Że generałowie urządzają pijackie orgie we własnych namiotach, że Typhoon wciąż leży pijany wśród własnych rzygowin?! Jaki wy, do kurwy nędzy, dajecie przykład swoim żołnierzom?! Myślicie, że dzięki waszemu pochodzeniu będą was szanować, mimo że leżycie pijani niczym świnie?! I potem się dziwicie, że legioniści wymawiają posłuszeństwo?!

– Ależ nie w tym rzecz – zaprotestował ogier, zdruzgotany słowami Lighting. Yellow Spark wyglądała, jakby miała zaraz uciec z namiotu, ewentualnie zemdleć w środku. Blada niby śmierć, już dawno nie słyszała tak ostrej reprymendy. – Już nawet nie chodzi o tych żołnierzy…

– Nie?! Przed chwilą to mnie zarzucano niedbałość o sprawy armii, a teraz pan ignoruje takie zachowanie własnych legionistów! To pierwsze oznaki rodzącego się buntu! Teraz nie posłuchają prostego rozkazu, a później zamordują pana we śnie…

– Pani generał, proszę nie popadać w przesadę. Jedyne, po co tu przyszedłem, to poinformować o prawdopodobnych torturach na terenie obozu! – Sandstorm wykrzyczał na wydechu, zagłuszając wywód Contrail.

– Tortur, za które jest i pan odpowiedzialny! Ale racja, nie ma co się już przekrzykiwać. Crimson Dust! – Do pomieszczenia wbiegła czerwona klacz i zasalutowała Contrail. – Pójdziesz do obozu kucyków ziemnych, na główny plac. Koło jednego z namiotów będzie stało dwóch legionistów. Każ im niezwłocznie zaprzestać popełnianych w namiocie zbrodni. Znajdującego się w środku generała przyprowadź niezwłocznie do mojego namiotu, jeżeli będzie potrzebna pomoc medyka – zapewnij ją.

– Tak jest! – Klacz zasalutowała i wybiegła z namiotu. Trzeba było przyznać, że była naprawdę szybka.

– Myślę, że sprawa jest załatwiona. Wy dwoje ani słowa księżniczkom o torturach, sama je powiadomię. Zobaczę, jak poważna jest sprawa i w zależności od tego podejmę odpowiednie kroki względem Typhoona, jak i was. Odmaszerować!

Sandstorm i Yellow Spark wypadli czym prędzej z namiotu, czerwoni ze wstydu i złości. Nie tak miała pójść ta rozmowa, to Typhoon miał dostać po uszach, nie oni. Popatrzyli po sobie, niewerbalnie gardząc Lighting i ruszyli, każde w stronę własnego namiotu.

 

***

 

Leżała na zimnej, niemożliwie brudnej ziemi pośród wszechogarniającej ciemności. Nie pamiętała, skąd się tu wzięła, ostatnie, co pamiętała, to… BÓL! Potworny, nieznośny, rwący całe ciało ból przeszył ją od stóp do głowy. Odebrał jej świadomość, palił niczym ogień, wdzierał się w najgłębsze części podświadomości, niszcząc ją od środka, powoli zabijając. Konała, wiedziała o tym i wyczekiwała końca jak ranny pomocy. Chciała umrzeć, byle szybciej, żeby skończyć tę straszną mękę. Nie wytrzyma już dłużej… NIE! Musi wytrzymać. Musi! Żeby pomścić swoją krzywdę, nie może dać im się pokonać, nie może zdechnąć w tym przeklętym, ciemnym miejscu. No dalej, pokaż, że jeszcze z tobą nie skończyli, że jesteś silniejsza niż im się wydawało.

Pulsujący ból rozerwał jej czaszkę, gdy spróbowała uchylić powieki. Zemdliło ją potężnie i szarpnęło w odruchu wymiotnym. Namiot… a przynajmniej tak jej się wydało… Rozsunięte poły, stojąca w nich postać. Coś krzyczała, machała kopytem… Wilgotna ziemia pokrywająca pyszczek. Krew, zapach, smak krwi. Wszędzie… Rażący promień światła, przysłonięty na chwile przez kucyka w wejściu. Kolejna fala bólu. Klacz zwinęła się w kłębek, oddychając ciężko. Każdy najdrobniejszy ruch był niewyobrażalną torturą, każdy wdech i wydech paliły żywym ogniem, każda najdrobniejsza myśl wypalała ją od środka.

Ktoś wszedł do środka, podszedł blisko klaczy, pochylił się nad nią.

– Co wyście jej zrobili?! – Głos klaczy. Poczuła kopyto na boku, skuliła się jeszcze bardziej. – Spokojnie – delikatny, przyjazny ton rozbrzmiał w jej głowie. – Już nic ci nie będzie, jestem lekarzem za… – zemdlała.

 

***

 

Namiot. Ale nie ten sam. Ten był dużo większy, przestronniejszy, jaśniejszy i przede wszystkim lepiej wyposażony. Leżała na łóżku, chyba czymś przykryta, ale pewności nie miała. Ból osłabł, ale wciąż czuła całe ciało. Widocznie zaaplikowano jej jakieś zaklęcie znieczulające. Dziwne, taka magia zarezerwowana była jedynie dla najwyższych oficerów, nie dla jeńców, a już w szczególności dla niej. Czyżby chcieli niedługo wrócić do tortur? Tym razem nic im nie powie. Ale czy nie powiedziała już zbyt dużo? Co w ogóle wyjawiła, ile planów zdradziła przeciwnikowi? Nie była wystarczająco silna… Zdradziła… Wymagała od własnych żołnierzy odwagi podczas przesłuchiwań, a sama co? Poddała się niemal od razu… Poczuła lekki wietrzyk na pyszczku, ktoś wszedł do środka. Spojrzała na wejście. Stała w nich klacz, różową grzywę rozwiewał wiatr, szare futro przykrywało jakieś ubranie. Nie była w stanie ocenić jakie.

– Zostaw nas same. – Gdzieś z tyłu poderwał się drugi kucyk, zasalutował i czym prędzej wybiegł z namiotu. Nieznajoma klacz podeszła nieco bliżej i przemówiła.

– Jestem generał Lighting Contrail, ty zapewne nazywasz się Goldenrod, tak? Proszę, wybacz za tak… chłodne powi… – słowa uwięzły jej w gardle. Dotąd nie zwracała szczególnej uwagi na swojego gościa, ale jeden rzut oka sprawił, że poczuła dreszcze na plecach i zrozumiała skrajną głupotę swoich słów. Pożałowała ich. – Celestio! – Ze zgrozą malującą się na pyszczku Lighting podbiegła do klaczy nazwanej Goldenrod i siadła przed nią na ziemi. – Skurwysyny… – pokręciła głową.

Leżąca przed nią w półmroku klacz wyglądała potwornie. Głowę przewiązywał zakrwawiony bandaż zasłaniający jej prawe oko, niegdyś białą sierść pokrywała gruba warstwa zaschniętej krwi, znaczek przedstawiający jakiś żółty kwiat przecięty był na krzyż dwoma szramami. Najgorsze jednak było jej zdrowe oko, wpatrujące się w Lighting z jakąś dziką, niepasującą do ogólnego stanu klaczy nienawiścią. Contrali zmieszana podrapała kopytem ziemię i zerknęła za plecy.

– Chciałam porozmawiać, ale… Nie jesteś chyba w formie. Odpocznij, przyjdę później. – Wstała i wybiegła czym prędzej z namiotu, byle znaleźć się dalej od przerażającego widoku. Co ja do cholery robię?! Przecież zabijałam już kucyki, czemu boję się tej? Brzydzę się? Tak, brzydziła się, patrzyła z odrazą i ze strachem, co robi z kucykami wojna. Przed wojną Goldenrod była pewnie piękną klaczą, a teraz strzępem, wrakiem kucyka. Do tego jeszcze to imię, już za pierwszym razem, gdy je usłyszała, naszło ją niepokojące uczucie deja vu. Tak łatwo tego nie przepuści. Gdy Sandstorm zawiadomił ją o przypuszczalnych torturach, zignorowała go, sądząc, że próbując dokopać Typhoonowi, wyolbrzymia całą sprawę, a przesłuchiwany dostał po prostu kilka razy po pysku. Ale to? Czegoś takiego nie spodziewała się nawet po porywczym pegazie. Oj, już ona dobierze mu się do plota, dobierze!

– Crimson Dust! Idź natychmiast po generała Typhoona. Ma się u mnie niezwłocznie zameldować. Będę czekać tutaj. – Klacz, która wychynęła zza namiotu, gdzie właśnie rysowała coś na ziemi końcem miecza, zasalutowała służbiście i pogalopowała do namiotu dowódcy pegazów.

– Pani doktor – zwróciła się do siedzącej przed wejściem klaczy, która na rozkaz opuściła przed paroma minutami Goldenrod. – Proszę się zająć naszym gościem. Zanim pani zacznie, proszę jeszcze powiedzieć… co dokładnie jej zrobiono. – Bała się odpowiedzi, nie chciała słuchać, czego dopuszczają się jej podkomendni, ale musiała wiedzieć, chociażby po to, aby napisać rzetelne zażalenie na Typhoona do księżniczek.

– Cóż. – Klacz podrapała się po głowie. – Zabrali się za nią jacyś totalni partacze, nie mający pojęcia o przesłuchiwaniu, dlatego wygląda aż tak źle. Z tego, co zdążyłam zauważyć, to najpoważniejsza wydaje się utrata oka. Nie mam pojęcia, czym to robili, ale… Zresztą może nieważne. Oprócz tego liczne rany cięte, kilka złamanych żeber i ogólne skutki pobicia.

– Dobrze. Zróbcie coś, żeby wieczorem wyglądała lepiej, księżniczka Celestia pewnie będzie chciała ją odwiedzić. – Lekarka zasalutowała i weszła do namiotu. Lighting przysiadła na trawie przed wejściem i zapatrzyła się w zachmurzone, przedburzowe niebo. Czekał ją nieprzyjemny obowiązek sporządzenia raportu i zameldowania o wszystkim księżniczkom, ale najpierw porozmawia sobie z Typhoonem.

 

***

 

Podszedł do Contrail, chwiejąc się na nogach. Głowę przeszywał mu tępy ból, ziemia lekko wirowała, a cały świat był jakby o kilka tonów głośniejszy. Podszedł powoli do generał i zasalutował, cofając się przy tym i próbując utrzymać równowagę. Lighting zmierzyła go surowym wzrokiem i wysyczała, próbując wydać się w miarę opanowaną:

– Generale Typhoon, przejdźmy się. Mam z panem do obgadania pewną… kwestię.

– Tak jest. – Ogier, widocznie niezadowolony z pobudki zgotowanej przed momentem przez Crimson Dust i konieczności rozmowy z Contrail, skrzywił się lekko.

Pogoda była paskudna, wiało lodowatym wiatrem, całkowite zachmurzenie zamieniało dzień w noc, a padający już coraz bliżej deszcz zwiastował nieprzyjemną noc. Dwójka generałów ruszyła wolnym krokiem alejką w stronę rosnącego opodal ciemnego i nieprzyjemnego lasu. Gnane wiatrem setki zerwanych liści lądowały pod kopytami kucyków, tworząc miękki, zielony dywan. Typhoon, wciąż lekko niekontaktujący, przyjrzał się z uśmiechem spektaklowi urządzonemu przez naturę. Jego zadowolenie szybko jednak minęło, gdy Contrail postanowiła rozpocząć niezbyt przyjemną rozmowę.

– Dziś rano doszły mnie słuchy o pewnym niepokojącym incydencie. – Lighting zatrzymała się i spojrzała ogierowi prosto w oczy. – Słyszał pan może o pewnym generale, przesłuchiwanym ostatniej nocy w naszym obozie?

– Wczorajszego dnia schwytana została generał wojsk rebelianckich – meldował Typhoon, wciąż chwiejąc się na nogach. Skąd ta kobyła dowiedziała się o jego gościu? – Została poddana odpowiednim procedurom i przesłuchana.

– Odpowiednim procedurom… – Klacz zamyśliła się. – Odpowiednim?! Została skatowana niemal na śmierć, idioto! Nie słyszałeś, jak księżniczki zabraniały tortur na jakichkolwiek jeńcach?! A już w szczególności na generałach?!

– Yyy… to nie tak. – Typhoon ze zdumieniem wpatrzył się w klacz. Głowa bolała coraz bardziej od krzyków generał i chciał jej jak najszybciej przerwać. – Przesłuchanie było w pełni pro…

– Milcz! Nie wiesz, czego dopuścili się twoi żołnierze?!

– Wszystko zostało wcześniej ustalone, proszę się uspokoić. – Pegaz podszedł kilka kroków do Lighting Contrail, zachwiał się i cofnął, z powrotem łapiąc równowagę. Nie uszło to uwadze klaczy.

– Wydaliście rozkaz torturowania jeńca! Co, już tego nie pamiętacie?! Wszystko z ostatniej nocy zapomnieliście?! Jak wy w ogóle wyglądacie, baczność! Nie jesteście w stanie nawet utrzymać się przez minutę prosto?! – Lighting rozkręcała się coraz bardziej. – Nie jesteście nawet prawdziwym generałem, a zwykłym pijakiem! – Typhoon zesztywniał, uderzony tą obelgą ja taranem.

– Co takiego? – wysyczał, patrząc ze wstrętem i nienawiścią na klacz. – Uważaj, co mówisz, Contrail. Może jesteś na łaskach księżniczek, ale też mam tu coś do powiedzenia…

– Gówno masz do powiedzenia! Jeszcze raz mi przerwiesz, a udupię cię tak, że do końca życia zapamiętasz! – Lighting wyglądała, jakby miała zaraz rzucić się z kopytami na ogiera i mało brakowało, a w istocie by to zrobiła. Arogancja Typhoona dotknęła ją do żywego, a jego brutalność tylko podsycała jej gniew. – Myślisz, że nie mam wystarczającej władzy, by odsunąć cię od dowodzenia?!

– Myślę, że nie masz. Jestem najlepszym generałem w tej przeklętej armii i księżniczki dobrze o tym wiedzą. Nie usuniesz mnie stąd! Możemy zakończyć już tę idiotyczną dyskusję? Mam sporo rzeczy do roboty.

– Odejdziesz wtedy, gdy ci pozwolę. Jeszcze dziś zamelduję księżniczkom o twoich wyczynach.

– Doprawdy? Myślisz, że Celestia albo Luna nie mają nic ciekawszego do roboty niż wysłuchiwanie twoich skarg?

– Myślę, że z każdym słowem pogrążasz się coraz bardziej. – Klacz z gniewem tupnęła nogą. – A teraz posłuchaj mnie uważnie. Jeszcze raz dopuścisz się czegoś podobnego, to karzę cię ubić, rozumiesz? – Typhoon nie zareagował na tę groźbę. – Doskonale, a teraz zjeżdżaj!

 

***

 

Yellow Spark siedziała na trawie i wpatrywała się w czarne, burzowe niebo, które raz po raz z hukiem przecinała srebrzysta błyskawica. Strugi deszczu zalewały jej pyszczek, sklejały jej grzywę i futro, a przenikliwy wiatr, zacinający tysiącami kropelek, przeszywał zimnem do szpiku kości. Klacz nie zwracała na to uwagi, uwielbiała taką pogodę. Burza, coś tak potężnego wywoływało u niej nieodmiennie poczucie swej nieistotności. Jej magia zdawała się ledwo widocznym punkcikiem w obliczu wielkości przedstawienia autorstwa samej natury. Woda orzeźwiała jej umysł, pozwalała odegnać złe, niechciane myśli, skupić się tylko na tym, na czym jej zależało.

Wymarsz wojsk został przesunięty o następne dwadzieścia cztery godziny. Okoliczne trakty i dukty zamieniły się w istne bagniska, rzeki wystąpiły z brzegów, do tego huraganowy wiatr połamał niezliczone drzewa, utrudniając pochód kilkunastu tysięcy legionistów z całym ich dobytkiem. Nie wspominając o tym, że same wozy zaopatrzeniowe zapadłyby się po drodze w grząskim gruncie. Mieli więc teoretycznie kolejny wolny dzień. Teoretycznie, bo po awanturze, którą wyprawiła całej kadrze oficerskiej Lighting Contrail, odpoczynek raczej był marzeniem głupca.

Żółto-fioletowa klacz przeciągnęła się delikatnie, burząc tym samym spokój, który zesłała na nią pogoda. Nieprzyjemne wspomnienia dwóch scysji, najpierw z Contrail, a później z samą Celestią, powróciły do niej jak bumerang, chwiejąc jej psychiką w posadach. Ta przeklęta plebejuszka oskarżyła ją o znęcanie się nad więźniami! Czym sobie na to zasłużyła, czyżby Lighting po prostu mściła się na całej szlachcie za swoje żałosne pochodzenie? Jeśli tak, to niech wypieprza do rebeliantów, tam, gdzie jej miejsce. Celestia naturalnie potępiła zachowanie generalicji, nieświadoma nawet, że o całym zajściu poinformował oskarżony Sandstorm. Jedyne co udało się osiągnąć podczas rozmowy to jakieś planowane sprostowanie w następnym numerze propagandówki i reprymenda dla redaktora. Drań naturalnie był pegazem. Przynajmniej Luna okazała się w całej sprawie bardziej liberalna, nawet Yellow zdawało się, że władczyni obdarzyła ją ledwo widzialnym smutnym uśmiechem. Czyżby księżniczka nie miała nic przeciwko torturom, a może po prosty wiedziała więcej od Celestii? Było nie było, generalicja dostała ostro po uszach, a klacz bała się, że oberwie im się jeszcze bardziej, gdy następnego dnia księżniczka słońca złoży wizytę Goldenrod.

                

***

 

Goldenrod z pomocą czaru z ulgą odpłynęła w świat sennych marzeń. Siedziała za biurkiem w niewielkim, ciemnym pomieszczeniu, na pierwszy rzut oka przypominającym piwniczkę na cydr. Przez małe, zakurzone okienko tuż pod sufitem widać było kopyta dziesiątek przechodzących główną ulicą Baltimare kucyków. Staromodna, lekko pordzewiała lampka wisząca pod sufitem dawała nędzne, rozproszone światło. Niewielkie pomieszczenie sklepione było niskim, kolebkowym sufitem, zapleśniałym tu i ówdzie. Przed Goldenrod siedział czarno-niebieski ogier, z dość sporym zdenerwowaniem wpatrujący się w klacz. Na stoliku leżał dość gruby plik kartek, zapisany maczkiem prawdopodobnie przez owego jegomościa. Goldenrod pokręciła głową z lekkim niezadowoleniem.

– Panie Lister, pańska praca jest… z pewnością inspirująca, ale… – Podniosła pierwszą kartkę z brzegu, prawdopodobnie stronę tytułową. – Tytuł „O Wyższości Kuców Ziemnych” nie przyjmie się w społeczeństwie zdominowanym przez jednorożce. Nie przeczę, że pańska praca jest ciekawa, ale musimy trafić do jak najszerszej publiki, a to – odchyliła się na leżance – jest zbyt kontrowersyjne. – Sięgnęła po stojący na stole kubek i pociągnęła łyk, gasząc chwilowo pragnienie.

– Czy jest pani pewna? – Ogier ze zdenerwowania miął trzymany w kopytach kapelusz. – Uważam, że przedstawiłem sprawę w sposób bardzo przystępny…

– Może – przerwała mu Goldenrod. – Ale dla nas, jednorożce i pegazy tego nie przepuszczą. Aczkolwiek jest w tej pracy coś, co możemy z miejsca wprowadzić. – Lister z nadzieją spojrzał na śnieżnobiałą klacz. – Zamiana kucyka na kuca brzmi o wiele dumniej. Kucyk ziemny to śmieć, ale kuc ziemny brzmi godnie, wciągniemy to do naszego programu. – Ogier westchnął zawiedziony, łudził się, że a nuż jego książka w jakiś sposób, legalny bądź nie, zostanie przepchnięta przez cenzurę.  

– Dziękuję pani za wizytę. – Lister wstał i skiną głową w stronę klaczy. – Przykro mi, że praca okazała się zbyt radykalna. Może w przyszłości znajdzie rację bytu, ale na razie nie pozostaje mi nic innego jak pogodzić się z pani decyzją. Do widzenia.

– Do widzenia – mruknęła Goldenrod, nie słuchając ogiera. Wstała zza biurka i wyszła z gabinetu zaraz za Listerem, po drodze zabierając leżący na stole zeszyt.

Pomieszczenie, do którego weszła była dużo większe i z pewnością dużo głośniejsze. Wzdłuż ścian ciągnęły się długie blaty, nad którymi zawzięcie pracowało kilkanaście kucyków. Na środku pomieszczenia stała dość spora i wyjątkowo archaiczna drukarka, warcząca i śmierdząca tuszem. Z wnętrza co chwilę wypadały kolejne ulotki zapisane drobno dwoma kolumnami tekstu. Wokół maszyny uwijał się pobrudzony czarną farbą ogier, co chwila sprawdzający i zawzięcie oliwiący mechanizm.

– Pani kierownik! – Jakiś kucyk podbiegł do Goldenrod i wręczył plik świeżo wydrukowanych kartek. – Mamy nowe ulotki, tak jak pani prosiła…

– Świetnie. Zajmijcie się nimi, mają trafić do jak największej liczby mieszkańców. – Goldenrod wyminęła kucyka i podeszła do blatu, za którym uwijał się zielono-pomarańczowy ogier.

– Widziałeś wczorajszą gazetę? Ani słowa o nas! – Ogier nie odwrócił się, nadal coś skrobiąc na kawałku papieru.

– Mamy dużą konkurencję ze strony tego całego Rantera. – Potrząsnął pomarańczową grzywą i skrzywił się bezwiednie. – Wszyscy skupiają się tylko na nim. Gold, myślę, że trzeba przemyśleć możliwość poparcia jego ruchu.

– Już o tym dyskutowaliśmy. Poszło za nim zbyt dużo jednorożców. Nie pasujemy tam.

– A jakie to ma znaczenie. – Ogier odwrócił się wreszcie od swojej roboty i po raz pierwszy tego dnia spojrzał na klacz. – Musimy na czymś wypłynąć, a Ranter i popierający go tłum dają taką możliwość. Wybacz, ale drukowanie gazetek i rozdawanie ulotek daje gówniane wyniki, a my przecież chcemy rozszerzyć wpływy na całą Equestrię.

– Iść ramię w ramię z jednorożcami? Aż tak nisko nie upadliśmy. – Klacz dumnie wypięła pierś.

– Bo nie mamy już gdzie spaść – warknął ogier, zdenerwowany zapalczywością klaczy. – Jesteśmy na samym dnie, nikogo nasz program nie obchodzi. Nikt nie przyłączy się do nas i nie wywoła rebelii, gdy Ranter gwarantuje pokojowe reformy! – ostatnie zdanie wykrzyczał, budząc spore zainteresowanie wśród reszty załogi.

– Uspokój się. Już ci mówiłam, że nie pasujemy tam. Zresztą kto przyjmie grupę otwarcie głoszącą wyższość kuców ziemnych nad innymi rasami?

– Kuców? Zresztą nieważne… Oni mają to gdzieś, dopóki będziemy razem walczyć o tę ich republikę. Zresztą pomyśl, z tego co mówił Ranter, ma to działać na zasadzie jakichś wyborów. Czemuż my mielibyśmy nie wystartować? Kucyki, czy też kuce, jak wolisz, stanowią większość populacji i jeżeli tylko mądrze wszystkim pokierujemy, zdobędziemy władzę bez walki o nią. Będziemy wybrani przez lud.

– Już to kiedyś mówiłeś i może bym się nawet zgodziła. – Goldenrod przybliżyła się do ogiera ze złowieszczym grymasem. – Gdyby nie ta kobyła Starlight. – Z całej siły uderzyła kopytem w blat. Jeżeli do tej pory któryś z obecnych na sali jeszcze nie przysłuchiwał się rozmowie, to teraz na pewno zaczął. – Nie rozumiesz, że nie wolno nam się z nią w ogóle zadawać?

– Owszem, rozumiem, ale prowadzimy teraz walkę o przetrwanie, a na wojnie wszystko jest dozwolone…

– Nie! Nie sprzymierzę się ze Starlight Glimmer, nigdy!

Ogier z złością odwrócił się od klaczy i pochylił…

 

***

 

– Hej! – Natarczywe szturchnięcie powtórzyło się. Fala bólu zalała Goldenrod, rozbudzając ją całkowicie. Co za jakiś drań mnie budzi!

Otworzyła oko, krzywiąc się niemiłosiernie. Obok łóżka stał brązowy kucyk ziemny z opadającą na pyszczek czarno-białą grzywą, znaczka nie dostrzegła, ale nie obchodziło jej to szczególne. Natarczywiec szturchnął ją po raz kolejny, aż wreszcie zła Goldenrod z wysiłkiem podniosła kopyto, dając znać, że słyszy.

– No wreszcie – mruknął ogier zaczepnym tonem. – Bałem się, że już zeszłaś.

– Czego… chcesz… – Udało jej się przemówić, co po wyczerpaniu ostatnimi przygodami było nie lada wyczynem.

– Widzę, że jesteś już w coraz lepszej formie – stwierdził nieznajomy. – To dobrze, księżniczka niedługo cię odwiedzi! – Ostatnie zdanie niemal wykrzyczał, jakby chcąc, żeby usłyszał je cały obóz. Po czym nachylił się nad uchem klaczy i zaczął szeptać. – Przed namiotem jest dwójka strażników, o dziesiątej mają zmianę ogłaszaną pojedynczym uderzeniem w dzwon. Zazwyczaj spotkanie dwóch wart następuje przed namiotem, ale dzisiaj będzie nieco inaczej… O dziesiątej wyjdziesz z namiotu i skierujesz się prawą alejką w stronę okolicznego lasu. Tereny wokół obozu patrolowane są przez niewielkie grupy wartowników, powinnaś wyminąć je bez większych trudności. Tam ścieżka się skończy, pójdziesz na dziko około pół godziny na północ i znajdziesz niewielką wioskę. Poszukasz w niej pomocy, mieszkańcy są zdaje się nastawieni prorewolucjonistycznie. To twoja jedyna szansa na wydostanie się z niewoli, nie spieprz tego. – Ogier odsunął się od klaczy z ledwo dostrzegalnym uśmiechem i podszedł do wyjścia. – Cieszę się, że dochodzi pani do zdrowia – krzyknął jeszcze przez ramię i wyszedł.

Goldenrod z otwartym szeroko okiem gapiła się na tańczące na wietrze poły namiotu, za którymi zniknął tajemniczy kucyk. Co to miało być? Jakiś monarchista usiłował pomóc jej, rebeliantce? Dlaczego? Miała uciekać? Niby jak? Cudem udało jej się podnieść nogę, nie wspominając, jak ciężko było się w ogóle odezwać, a tej nocy miała uciekać z samego środka wrogiego obozu i przedzierać się przez jakiś busz? Która właściwie godzina, ile jeszcze miała czasu? Wciąż jest jasno, więc chyba trochę jeszcze jej zostało. Zaraz. Usłyszała równomierny szum, rozchodzący się po całym namiocie. Pada deszcz? Pięknie.

 

***

 

– Jest pan pewny, panie generale? – Klacz, przekrzykując niemilknący szum deszczu, z niepokojem spojrzała w oczy Sandstorma.

– Absolutnie. Nasz gość ma być w możliwie najwyższej formie, kiedy odwiedzi go księżniczka Celestia. Generał Goldenrod będzie musiała być na siłach, by odpowiedzieć na wszystkie pytania naszej pani. – Ogier pokiwał głową z mądrą miną, błagając w duchu, by nieufna lekarka przestała zadawać pytania.

– W porządku, ale musi mieć pan świadomość, że to lekarstwo jest bardzo niebezpieczne. Może w równym stopniu jej pomóc, co zaszkodzić. Nie mówiąc o tym, że jest zarezerwowane tylko dla najwyższych dowódców, no i jest dość skomplikowane.

– Jestem tego świadom – zapewnił generał. – W razie komplikacji wezmę całą winę na siebie, a nasz jeniec też jest generałem.

Klacz zasalutowała i ku uldze ogiera, nie zadając więcej pytań, odbiegła, zapadając się w sięgającym nadgarstków błocie w stronę namiotu Goldenrod. Sandstorm z chytrym uśmieszkiem odwrócił się… i stanął oko w oko z przemoczoną i podejrzliwie spoglądającą Yellow Spark.

– Co ty, do cholery, wyprawiasz? – warknęła, odgarniając mokre kłaki z czoła.

– Wczoraj Celestia zapowiedziała swoje prywatne odwiedziny u naszego jeńca. Chcę, żeby była w jak najlepszej formie – skłamał.

– Akurat. Coś kombinujesz, draniu, i nie chcesz się podzielić. – Z niezadowoleniem pokiwała głową. – Tylko nie udup nas bardziej, niż jesteśmy.

– Nie martw się, dziś po uszach dostanie kto inny. – Jego usta wykrzywiły się w złowieszczym uśmieszku. – Chodźmy stąd, przemokłem do suchego włosa – mruknął, po czym wymijając klacz, ruszył w stronę własnego namiotu.

 

***

 

Robiło się już późno. Wprawdzie noc zapadła już dawno temu, ale to tylko przez wiszące nad Equestrią ciemne chmury. Goldenrod nie była pewna godziny, czuła jednak, że zbliża się czas zmiany warty. Jeśli jej tajemniczy sojusznik mówił prawdę, dojdzie do jakiegoś niewielkiego sabotażu, a ona zyska czas na ucieczkę. Wciąż nie była pewna, czy wierzyć nieznajomemu, ale co miała do stracenia? Chyba tylko życie, jeśli strażnicy postanowiliby ją po prostu zabić zamiast łapać. Najciszej jak potrafiła uniosła przednie kopyta i kładąc je przed sobą, uniosła się. Ze zdziwieniem stwierdziła, że jest w stanie bez większych problemów się poruszać, a nawet chodzić. No tak, jej nogi niby nie były połamane, ale ogólny stan był tak fatalny, że w normalnych warunkach nie powinna się w ogóle poruszać. To musiało być to zaklęcie, które przed niecałą godziną zaaplikowała jej lekarka, rzekomo po to, aby była w jak najlepszej formie przed spotkaniem z księżniczką, która notabene powinna już być. Czyżby sobie zapomniała? Oby tylko nie przylazła w trakcie zmiany warty.

Chwiejąc się na nogach, zwlekła się z niewygodnego łóżka. Jak zauważyła, znajdowała się w innym namiocie niż pierwotnie. Ten był znacznie mniejszy i dużo słabiej wyposażony. Właściwie oprócz leżanki nie było tu nic. Ciche uderzenie w dzwon rozeszło się po namiocie, drażniąc uszy wciąż lekko nieprzytomnej klaczy. Zaklęcie wprawdzie przytłumiło niemal do zera ból, ale odczuła to również cała reszta zmysłów, otumaniając Goldenrod. Przed namiotem usłyszała cichą rozmowę dwójki strażników. Już czas, trzeba się szykować. Teraz albo nigdy, ucieknie i dołączy do rebeliantów, by pomścić swoją krzywdę!

 

***

 

Celestia niezadowolona szła, zapadając się w błocie, przez obozową alejkę. Rozpięta nad nią magiczna aura chroniła przed ulewnym deszczem, niestety była bezradna przeciwko przejmującemu wiatrowi, który dotkliwie chłostał ciało księżniczki. Władczyni była spóźniona. Nienawidziła tego, ale naglące problemy zaopatrzenia armii w obliczu potężnych opadów nad połową kraju pochłonęły jej cały dzień. Wprawdzie mogła poprosić Lunę o jej osobistą audiencję u Goldenrod, ale pani nocy z pewnością by się nie zgodziła. Miała nieco inne podejście do jeńców, wprawdzie nie popierała tortur, ale była zwolenniczką raczej surowego traktowania, zwłaszcza gdy byli to rebelianci, których bez wyjątku utożsamiała ze zdrajcami.

Błyskawica z suchym trzaskiem przecięła niebo, na ułamek sekundy wyłaniając z ciemności oświetlone trupiobladym światłem namioty gwardii przybocznej. Właśnie w jednym z takich namiotów leżała Goldenrod, przeniesiona poprzedniego dnia z kwatery Lighting Contrail. Księżniczka słyszała, że klacz podobno przespała prawie całą dobę, miała więc nadzieję, że była gotowa jeśli nie na odpowiadanie na pytania, to przynajmniej na rozmowę. Zależało jej na tym, zwłaszcza po tym, co spotkało jeńca. Wspomnienie o generałach wywołało w Celestii burzę, porównywalną z tą przetaczającą się nad obozem. Gdyby nie to, że nie miała wystarczająco dużej kadry oficerskiej, odsunęłaby czym prędzej Typhoona od dowództwa. Niestety nikogo na jego zastępstwo nie było. Ze zdziwieniem i niepokojem spojrzała w stronę centrum obozu. Przez deszczową zasłonę przebijał się bijący w niebo krwawo-czerwony promień. A to co, do diabła? Celestia skrzywiła się z niezadowoleniem i szybko pokręciła głową, pozbywając się niechcianych myśli z głowy. Zostaw to, masz teraz inne zadania! 

                Kolejny jaskrawy błysk rozświetlił okolicę, tym razem wyłaniając niewielką grupkę kucyków stojących przed wejściem do namiotu. To chyba tu. Księżniczka rozjarzyła swój róg z mocą kilku pochodni, wyciągając z cienia przestraszone pyszczki kilku legionistów. A cóż tu się dzieje? Zaniepokojona Celestia podeszła bliżej.

– Witam. – Żołnierze z niepokojem przestąpili z nogi na nogę. – Czy coś się stało? – Zaniepokojenie księżniczki wzmogło się jeszcze bardziej, gdy żaden z legionistów nie pospieszył z odpowiedzią. – Stało się coś? – powtórzyła.

– Najjaśniejsza Pani. – Najodważniejszy z zebranych pochylił czoło, drżąc cały ze strachu. – Myyy… nie-e m-m-mamy… poj-jęcia, co się… – zająkał się niemal do utraty tchu, aż przyszedł mu z pomocą kolega.

– Więzień zniknął, Najjaśniejsza Pani…