Dom z widokiem na morze

Rutyna jest zawsze taka sama. Budzi mnie świt, a wraz z nim szum klimatyzacji i delikatne buczenie maszyn. Wertykale rozsuwają się, odsłaniając panoramę morza, białych skał i widocznego zza nich cypla. Gdzieś w dole jest niewielkie miasteczko, pełne wąskich, stromych i krętych uliczek, nad którymi wisi jeszcze pranie, a kwiatki w donicach zdobią parapety okien.

Kiedy otworzę oczy, zazwyczaj widzę biały sufit. Otaczające mnie urządzenia zaczynają głośniej szemrzeć, a potem niektóre z nich budzą się do życia. Ekrany migotają, płyny w tubach zaczynają pulsować. Co raz któryś z automatów zbliża się do mnie, wykonuje badania i pobiera próbki. Znoszę to z cierpliwością, bo i tak nie mam jak uciec ich skrupulatnej, bezdusznej opiece.

Pierwszy automat bada próbki krwi, kolejny, który pomaga mi załatwić czynności fizjologiczne, automatycznie bada ich skład, analizując pod kątem infekcji, braku równowagi mineralnej oraz wielu innych czynników. Gdybym była lekarzem, pewnie wiedziałabym, co oznaczają dziwne wykresy na monitorze. Jestem tutaj już tak dugo, że niektóre z nich rozumiem, wiem, że niski słupek koloru bursztynu to dobrze, wysoki zielony to źle. Jeżeli maszyny stwierdzą, że czegoś mi brakuje, dodają odpowiednie składniki do kroplówki, którą otrzymuję od tak dawna, że nie pamiętam, aby kiedykolwiek było inaczej.

Potem następuje por karmienia. Kolejny automat przywozi organiczną papkę, która choć zawiera wszystkie potrzebne do życia składniki, to przyprawia mnie o odruch wymiotny. Jedzenie nie smakuje źle, szczerze mówiąc nie smakuje w ogóle. Ileż bym dała, żeby poczuć smak prawdziwego jedzenia: tęsknię za owocami, pieczonym mięsem. Wydaje mi się, że na tej diecie jestem już od wielu, wielu lat. I chyba się nie mylę.

Jeżeli czuję się dobrze i mam dość sił, wstaję z łóżka i powolnym krokiem drepczę do saloniku. Tak naprawdę, to druga część mojego pokoju, gdzie znajduje się dywanik, palma, która o dziwo nie uschła, dwa fotele, stolik i kanapa. Siadam sobie wtedy i przeglądam gazety, które znam na pamięć i mogłabym cytować strona po stronie, nie spoglądając na nie.

Z reguły siedzę, spoglądając na błękit morza, biel skał i cieszę się tym ciepłem słońca, które zdoła przeniknąć przez szybę. Wiem, że wielkie szklane tafle rozsuwały się kiedyś, ale odkąd zostałam tutaj sama, nie mogę ich otworzyć. Spędzam więc całe dnie, spoglądając bezmyślnie w to miejsce, gdzie ocean łączy się z niebem. Przestałam już mieć nadzieję, że zobaczę nadpływający statek, nie wierzę, że po klifie ktoś się wespnie. Siedzę sama, niekiedy nakrywając nogi koce, albo otulając się szlafrokiem, bo automaty ustawiają klimatyzację na dość niską temperaturę.

Około jedenastej dostaję drugie śniadanie, o czwartej obiad, a dziewiętnastej kolację. Każdy z posiłków smakuje tak samo, jem apatyczne i bez ochoty. Kiedy zaczyna zmierzchać, wstaję i wracam do łóżka. Kładę się i próbuję zasnąć. Jeżeli zajmuje mi to zbyt wiele czasu, automat podaje mi środek nasenny.

 

Kolejny dzień jest dokładnie taki sam. Na tej szerokości geograficznej, gdzie wybudowano hospicjum pory roku nie istnieją, dni są równe nocy, zawsze słoneczne i ciepłe. Znalazłam się tutaj dzięki synowi. Był dobrym chłopcem, a żadna matka nie mogłaby sobie wymarzyć lepszego pierworodnego. By grzecznym dzieckiem, pilnym uczniem, a potem ambitnym studentem. Po studiach znalazł rozwijającą, dobrze płatna i ciekawą pracę. Z czasem awansował i został prezesem wielkiej, międzynarodowej korporacji. Ożenił się dobrą, cierpliwą i uczciwą dziewczyną, która urodziła mu czwórkę zdrowych dzieci. Boże, jak ja się cieszyłam z każdego z tych wnucząt! Pozostałe dzieci również dobrze radziły sobie w życiu i byliśmy z mężem dumni, że wychowaliśmy je na uczciwych ludzi. Mój ślubny okazał się być statecznym i uczciwym człowiekiem, który nie podniósł na mnie ani głosu, ani ręki. Nie zdradził mnie, a od ślubu nigdy nie spojrzał pożądliwie na inna kobietę. Miałam w nim przyjaciela i ostoję, druha, kochanka. Druga połówkę.

Nadal bardzo za nimi tęsknię, ale upływający czas by o tyle łaskawy, że nie szlocham już, kiedy o nich myślę. Wiem doskonale, że odeszli na zawsze i do mnie nie wrócą.  Łudzę się nadzieja i modlę do Boga, abym spotkała ich, kiedy już wreszcie umrę i odejdę z tego padołu. Ale póki co jeszcze żyję, choć zakrawa to na jakiś ponury żart.. Organizm który nie jest w stanie zwalczyć nowotworu, funkcjonuje nadal.

Kiedy dowiedziałam się o raku, popłakałam się. Cała rodzina zgromadziła wokół mnie i zaczęła radzić. Pierworodny od razu powiedział, że poruszy niebo i ziemię, użyje wszystkich wpływów, abym otrzymała najlepszą pomoc od najwybitniejszych lekarzy. Ten rok spędziłam z dala od świata, odcięta od tego, co się działo w kraju i zagranicą, pielgrzymując między jedną kliniką onkologiczną, a drugą. Badały mnie największe sławy i najtęższe umysły, poczym skierowały do kliniki, hospicjum, gdzie czekała na mnie specjalnie zaprojektowana terapia.

Do kliniki syn przywiózł mnie wieczorem. Zostałam przywitana przez ordynatora, który oprowadził mnie po placówce i wskazał pokój. Pożegnałam się z mężem i dziećmi, a najstarszy syn powiedział, że wynajął dla całej rodziny dom w miasteczku poniżej.

Następne kilka dni minęły na kolejnych badaniach, testach i konsultacjach. Powoli dobierano składniki i proporcje lekarstw, ustalano harmonogram leczenia. Dzieci i mąż odwiedzali mnie codziennie. Wszyscy uśmiechali się radośnie, bo wiedzieliśmy, że pokonanie choroby jest tylko kwestią czasu.

Potem zaczęły się zabiegi, które nie były ani uciążliwe, ani bolesne. Nie odczuwałam żadnych efektów ubocznych jak po chemioterapii czy naświetlaniach. Doktor, młody chłopak o śniadej twarzy, krzaczastych brwiach i uroczych oczach, mówił, że z każdym dniem jest coraz lepiej. Rozwój choroby został powstrzymany i zaczął się proces leczenia. Miesiąc, dwa, i będę zdrowa, wolna od groźby raka, przerzutów i jego powrotu.

Potem nadeszła ta noc. Spałam już, kiedy obudził mnie ryk syren, dochodzących z miasteczka. Zawodziły przeraźliwie, jakby zwiastując zagładę, która mknęła przez przestworza w kierunku miasta. Okna placówki zatrzasnęły się, filtry zaczęły oczyszczać powietrze. Rozglądałam się niepewna i miałam dość szczęści, żeby patrzeć nad drzwi, kiedy rozbłysło jasne światło. Wszystko zatrzęsło się, jakby Ziemia runęła z posad. Na korytarzu usłyszałam krzyki i tupot stóp. Mój lekarz wszedł do środka i zamknął drzwi. Zaczął mnie uspokajać, mówiąc że wszystko jest w porządku. Miałam zostać w łóżku i się nie ruszać, kiedy on i reszta personelu zejdzie do miasta, pomóc tym, którzy odnieśli obrażenia. Nie powiedział co się stało, ani jaka jest natura zagrożenia. Wyszedł z pokoju i wtedy widziałam go po raz ostatni.

Żaden lekarzy nie wrócił z miasta. Nad ranem z sąsiednich pokojów zaczęły dobiegać mnie wycia ludzi, którzy musieli czerpać straszliwe katusze. Najwidoczniej byli na zewnątrz, kiedy doszło do ataku. Krzyczeli i błagali o pomoc przez kilka dni, ale potem zamilkli, jeden po drugim. Nie mogłam się podnieść z łóżka, osłabiona lekarstwami, a kiedy zebrałam dość sił, okazało się, że jestem zamknięta w pokoju.

 

Rutyna jest niezmienna. Dzień za dniem mijają takie same, a ja wciąż żyję, umierając. Gdzieś na dole leżą bielejące kości moich dzieci, z którymi nie zdążyłam się pożegnać. mój zbawca oddał życie imię przysięgi hipokratesowej, nie pytając dlaczego musiał to zrobić. Może nowotwór został powstrzymany, ale jestem już stara i wiem, że za jakiś czas nadejdzie mój kres. Prawdopodobnie jestem ostatnim człowiekiem na ziemi, który zamknięty w klatce oczekuje na śmierć.

 

 

Warszawa, lipiec 2009