Tajemnicze sprawa Bo Dempsey’a.

 

              Bo Dempsey miał w życiu pecha, ale nie przeszkadzało mu to wierzyć, że karta kiedyś się odwróci. Ilekroć wziął się uczciwej pracy, adwokat byłej żony nasyłał nań komornika, który ściągał z niego zaległe alimenty. Kiedy udało mu się wygrać kilka dołków na wyścigach konnych, zaraz oskubała go z nich jakaś cycata blond-małolata. Próbował rozkręcić własny interes, na dywanik wzywał go któryś z okolicznych donów i tłumaczył mu, że na jego terenie nie wolno kręcić prywatnych lodów. Pomimo to, Bo Dempsey zawsze wiedział, że w końcu mu się poszczęści. Czekał cierpliwie na swoje pięć minut i był gotowy.

              Szczęście uśmiechnęło się do niego 13 października 1985. Był deszczowy wieczór, a wiatr omiatał ulice Chicago ze zdwojona furią. Bo podryfował do niewielkiej knajpki na rogu Siódmej i Dwunastej, zwanej „Nighthawk’s” Klapnął sobie na samym rogu kontuaru i zaczął się zaprzyjaźniać z kolejnymi kufelkami piwa, tequilą, a nawet rosyjską wódką. Alkohol szumiał w głowie, temperatura w Sali podnosiła się wraz z coraz głośniejszym gwarem. W powietrzu unosiły się kłęby dymu papierosowego, pachniało potem, wilgocią i przetrawionym alkoholem.

Obok Bo usiadło dwóch zakapiorów i zaczęło szeptać coś między sobą. W miarę jak urabiali się na miękko, podnieśli głosy i rozprawiali o swoich sprawkach. Z początku Bo ich nie słuchał, ale w pewnym momencie jego uwagę przykuło kilka słów, na dźwięk których każdy zakapior zaczynał wsadzać nos w nie swoje sprawy. „Forsa”, „transport”, trasa i godzina. Bo podsłuchał, że szefowie jednego z nikaraguańskich karteli będą przewozić pieniądze ze statku do banku. Zamierzali podzielić transport na kilka mniejszych części, aby uniknąć uwagi celników i przewiedź ją prywatnymi autami, których nikt nie będzie podejrzewał o transport sprej gotówki. Dwóch cwaniaków przy barze miało ochraniać sedana, przewożącego największą partię, pięciu baniek w niskich, nie oznaczonych nominałach.

Następnego dnia Bo wstał jak nigdy wcześnie, wyczyścił kopyto, zabrał kominiarkę i zasadził się na trasie przejazdu, tuż za portem, pomiędzy halami magazynowymi. Konwój miał dziesięć minut spóźnienia. Być może kierowcy byli zbyt spięci, albo wręcz przeciwnie, zbyt rozleniwieni. Żaden z nich nie spodziewał się, że beżowy sedan zmiecie praktycznie kabinę kierowcy, wyskoczy z niego typ w kominiarce i kilkoma pestkami wyśle ich na tamten świat. Nie widzieli, jak otwiera bagażnik i przerzuca do swojego auta sportowe torby wypełnione po brzegi banknotami.

 

Bo Dempsey nie był durniem. Przejechał kilka przecznic i zaparkował auto w magazynie. Dla pewności wytarł wnętrze wozu szmatką, przesiadł się do innego wozu i wyjechał z miasta. Aby jego ucieczka nie wyglądał na ucieczkę, postanowił odwiedzić Mimi. Zamienił z nią kilka oschłych zdań, rechocząc w duchu na myśl, że dziwka nawet nie wie, ile zgarnął forsy. Gdyby się zorientowała, od razu zaczęłaby się przymilać, jak kocica w rui. Sprzedajna lafirynda. Jak przypuszczał, Mimi aż nadto chętnie zgodziła się, aby zabrał Savannah, ich córkę, na wakacje. Będzie miała więcej czasu i okazji, aby migdalić się z kasiastymi typkami. Wieść szybko się rozejdzie i wszyscy będą pokpiwać z palanta Bo, który wyjechał z córeczką na wakacje do Shell Beach. Idealne alibi.

 

- Tato, chce mi się sikać – powiedziała Savannah. Bo zerknął na deskę rozdzielczą i zmełł przekleństwo. Benzyna się kończyła, papierosy też, a mała wierciła na fotelu. Byli w Nowym Meksyku, kierowali się do Acapulco. Savannah chętnie przystała na zmianę planów, uznając ją za świetną zabawę.

- Zaraz powinniśmy dojechać do stacji benzynowej – odparł. Wyjął ze schowka mapę i zerknął na nią. Pozostało im piętnaście kilometrów do skrzyżowania, gdzie znajdowała się stacja Shella. Wcisnął mocniej pedał gazu i kurz uniósł się z drogi. Chwile później dostrzegli niewielki budynek na rozstaju dróg. Obok niego, pod daszkiem znajdowały się dystrybutory benzyny pod daszkiem.

Bo zajechał szerokim łukiem i zatrzymał samochód. Wysiedli i ruszyli w kierunku starszego mężczyzny w kapeluszu, który wygrzewał się w świetle słońca na bujanym fotelu. Jego spojrzenie omiotło najpierw gołe nogi dziewczynki, przemknęło po jędrnych, młodych i dość obfitych piersiach, musnęło blond włosy i spoczęło na Bo.

- Chcielibyśmy zatankować do pełna i poprosić o klucz do toalety.

- Jasne, nie ma sprawy – odparł staruszek, dźwignął się z fotela i podreptał do dystrybutora. Po drodze rzucił kluczyki od kibla Bo, który dodał:

- Niech pan rzuci okiem na silnik, coś tam stuka.

Facet uśmiechnął się i powiedział:

- Jasne.

 

Pojechali na południe, zagłębiając się pomiędzy lesiste wzgórza. Godzinę po tym, jak Bo zapłacił za benzynę, fajki, siknięcie w toalecie, napoje i jedzenie, silnik zakaszlał i zamarł.

- Co jest, kurwa? – wymamrotał pod nosem. Wcisnął pedał gazu i przekręcił kluczyki w stacyjce, ale silnik milczał jak zaklęty.

- Nie naprawił, tato? – spytała Savannah.

- Nie dość, to jeszcze spieprzył sprawę – burknął Bo i wysiadł. Savannah została w środku, czytając gazetę dla dziewczyn.

Obszedł samochód i podniósł maskę, spod której buchnęło gorące powietrze. Już na pierwszy rzut oka Bo widział, co się zepsuło. Pasek klinowy się zerwał, a na dodatek uszkodzone były świece.

- W dupę – warknął, ciskając peta w piach. Co miał robić? Do stacji był szmat drogi, a nie chciał zostawiać samochodu bez opieki. Z drugiej strony, nie będzie szedł poboczem drogi z pięcioma milionami dolarów w torbie. – Jasny gwint!

Słońce prażyło niemiłosiernie, piasek wciskał się wszędzie, a blacha parzyła. Pech, jak nic, pech.

Nagle zza zakrętu drogi dobiegł go terkot silnika. Bo spojrzał w tamtą stronę, mając nadzieję, że może jednak Parszywe szczęście się do niego uśmiechnęło. Kiedy zobaczył wyjeżdżający samochód, zesztywniał instynktownie. Widok radiowozu nigdy nie zwiastował niczego dobrego.

Policjant zatrzymał się za nim i wysiadł z samochodu. Był ubrany w szarozielony mundur, jasny kapelusz i ciemne okulary. Podszedł do auta Bo i rzucił:

- Dzień dobry panu! Awaria?

- Tak – odparł Bo. – Poszły świece i pasek klinowy.

- Fatalna sprawa na takim pustkowiu – mruknął policjant. Bo odczytał nazwisko na metalowej plakietce wpiętej w koszulę: „P.N. Morgan”. – Podholuję pana, dobrze?

- Jasne, dzięki.

Bo odwrócił się, aby wsiąść do samochodu. Nie zauważył jak policjant odpina kaburę, wyjmuje broń i strzela mu w głowę. Krew i mózg bryznęły do środka samochodu. Savannah przeraźliwie wrzasnęła, zakrywając twarz dłońmi. Policjant schowa broń, obszedł samochód i otworzył drzwi od strony pasażera. Wyciągnął krzyczącą i szamocącą się Savannah na zewnątrz i zatkał usta dłonią. Trzymał w niej gazę z chloroformem, który momentalnie uśpił dziewczynę.

Morgan przerzucił bezwładne ciało przez ramię i uśmiechnął się pod nosem. Stary zarobił na swoja dolę.

 

Savannah w chwili porwania miała siedemnaście lat. Od urodzenia marzyła, aby zostać aktorką, która będzie podziwiana, kochana, rozchwytywana. Co zaskakujące, jej sny się spełniły. W pewien sposób.

Przez następne pięć lat była regularnie gwałcona, upijana, narkotyzowana, bita, cięta i maltretowana przed kamerami. Zdobyła sławę pośród wielbicieli filmów „snuff”, którzy podziwiali jak na wiele sposób można nastolatkę okaleczyć, doprowadzić do zwierzęcych wrzasków bólu i błagań, aby już więcej jej „tego nie robić”. Kiedy Savannah miała dwadzieścia dwa lata była wrakiem człowieka. Gęste blond włosy zrzedły, piersi obwisły, pod oczyma zrobiły się sińce. Głos jej drżał, podobnie jak ręce, na twarzy widać było ślady pobić, zażywania heroiny i topienia pamięci w alkoholu. Savannah nie pamiętała kim jest, jak się znalazła w obskurnym magazynie, który był jej domem i planem zdjęciowym, ani tego jak skończył jej ojciec.

Wszyscy uznali, że Bo Dempsey trafił swoją dziesiątkę, zabrał córkę i zwiał do Meksyku, spędzić resztę życia w luksusach. Stał się miejscowa legendą i człowiekiem, o którym wspominano o trzeciej rano, dopijając ostatnią wódkę na pocieszenie.

Patrick Nicholas Morgan, policjant, a także scenarzysta, reżyser, kamerzysta i okazjonalnie aktor filmów hard porno zawsze miał łeb do interesów i zero sentymentów. Kiedy stwierdził, że gwiazda Savannah blednie i widzowie są już nią znudzeni, postanowił znaleźć sobie nową muzę. Nic dziwnego, jej pochwał była rozepchnięta od wielkorozmiarowych gwałtów, dziewczyna nie potrafiła utrzymać rozerwanym zwieraczem kału, ledwo się ruszała i nie potrafiła żyć bez środków przeciwbólowych oraz narkotyków. Był jednak szczerym twórcą i postanowił zapewnić Savannah ostatnią rolę, zanim na zawsze zejdzie ze sceny. W tym filmie dziewczyna został związana, znowu pobita, zgwałcona przy pomocy maszyn, kilku chętnych maniaków, poszczuta zwierzętami,  Ana koniec jej kości połamano, a gardło poderżnięto. To ostatnie ujęcie, kiedy chwyta się za szyje, bulgocze krwią i rozpaczliwie próbuje złapać dech, było majstersztykiem sztuki filmowej. Każdy zboczeniec, który oglądał ten fil, przestawał walić gruchę, widząc, jak dziewczyna kona,  na jej twarzy i w ranie ładują kolejne ładunki spermy.

Savannah spełniła swoje marzenie. Została gwiazdą.

 

Los Savannah Dempsey pozostałby niewyjaśniony gdyby nie przypadek. W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym roku zawaliła się hala stalowni w Athens, Georgia. Podczas odgruzowania ruin, robotnik budowlany Walt Szepchak znalazł szafkę ubraniową, która należała do pracownika zakładu, Beauregarda Benoit. W jej wnętrzu trafił na ubrania, dezodorant i kasetę wideo. Zabrał ją chyłkiem do domu, aby obejrzeć, a przekonawszy się, jakie bezeceństwa na nim zarejestrowana (ostatni występ Savannah), następnego dnia zgłosił ja na policję.

Po trwającym dwa lata śledztwie, FBI aresztowało Morgana i jego wspólników oraz cały, spory krąg wielbicieli „snuff”.

Matka Savannah do końca życia przeklinała dzień, w którym puściła córkę na wakacje z Bo.