Vademecum

 

- Panie Czesiu! Panie Czesiu! Niech pan no pozwoli tutaj na chwilkę. - zawoła Matylda Bisch.

Pan Czesław westchnął tylko, z doświadczenia wiedząc, że prośba liderki nie może mieć dobrych konsekwencji. Matylda mogłaby być jego córką, miała dwadzieścia sześć lat, dwa fakultety, markowy garnitur, wredny charakter i kompleksy z powodu wiejskiego pochodzenia. Przyjechała do Warszawy na studia z podsuwalskiej wsi i cały czas nosiła w sercu zazdrość, skierowaną przeciwko każdemu, kto pochodził ze stolicy. Szczególnie wrednie traktowała dziewczyny, ale nie oszczędzała i Czesława, który w jej oczach był warszawiakiem z dziada pradziada. Większość podwładnych przypuszczała, że za maską oschłej, lodowatej profesjonalistki, wymagającej od innych perfekcjonizmu, kryła się zakompleksiona, wiejska intrygantka, zżerana przez chorobliwą ambicję i niespełnione marzenia. Mało kto wiedział, jak blisko są prawdy.

- Panie Czesiu, mam serdeczną proś. Trzeba poustawiać "Mocnego Fula" w diamencik na standzie przy kasach. Niech pan to zrobi przed wyjściem, dobrze?

Czesław pokiwał tylko głową, wzdychając cicho. Zmianę miał skończyć za jakieś dziesięć minut, a nowe zadanie oznaczało, że spędzi w pracy co najmniej pół godziny więcej. Podreptał jednak posłusznie po paletę z puszkami piwa i zaczął je ustawiać na ekspozycji. Mijający go koledzy ze zmiany uśmiechali się porozumiewawczo, wiedząc, że tego dnia na Czesia padł wzrok "Królowej Lodu z Wielkim Cycem" i staruszek padł ofiarą jej kaprysu.

Ustawienie puszek zajęło Czesławowi trzy kwadranse. Skończywszy, poszedł na zaplecze, do pomieszczenia socjalnego, które było niczym innym jak wydzielonym skrawkiem blaszanego magazynu, zastawionym starymi drewnianymi ławkami, zamykanymi na kłódkę szafkami na ubrania i rzeczy osobiste. Zdjął firmową koszulkę z najtańszego, niebieskiego materiału, przepoconą od wysiłku przy ciągnięciu palety i przetartą od wielokrotnego prania. Ubrał się ciemne spodnie, w swoją, flanelową koszulę, a na nią zarzuciłdkarską kamizelkę

Tak ubrany wyszedł bocznym, pracowniczym, wyciem i spojrzał na Bemowo, skąpane w świetle popołudniowego słca. Obok starych mrówkowców, bęcych siedliskiem biedniejących, starszych ludzi czy życiowych nieudaczników, wyrastały jak grzyby po deszczu eleganckie, zamknięte osiedla dla zamożniejącej klasy średniej: kierowników, biznesmenów, handlowców. Odgrodzeni płotami, mogli sięawić w luksusach, niedostępnych dla takich prostych, uczciwych, a przez to głupich ludzi, jak Czesław Miąsik.

Pan Czesio wsunął czapkę bejsbolówkę na czubek łysiny, poprawił wysłoną torbę na ramieniu i wolnym krokiem podreptał w stronę przystanku tramwajowego. Szedł wolno, przygarbiony zmęczeniem. Pracował od siódmej rano do szesnastej trzydzieści, przenosząc towary, okładając je na półce, donosząc do kasy metkę z kodem paskowym wypełniając wszystkie polecenia "liderów". Hipermarket zżerał go od środka, wyczerpyw siły i czynił przyziemnym, nijakim człowiekiem. Pan Czesław spoglądał niekiedy na swoich kolegów z pracy, którzy żyli od jednego piwka do drugiego (na wódkę nie było ich stać), których rozrywką było śledzenie w meczy i telenowel w telewizji, ze zgrozą pojmując, że wystarczyłby jeden y dzień w jego życiu, aby stać się kolejnym zwierzęciem ze stada tego biernego bydła.

Kiedy dotarł na przystanek, okazało się, że tramwaj przyjedzie za dwanaście minut. Spragniony słca, pan Czesław stanął z dala od wiaty i zmi splecionymi za plecami, obserwowałwigi pracujące na budowie. Lekki wiatr nió zapach spalin od ulicy Górczewskiej, burczenie samochodowych silników, głosy robotników przeklinających na budowie i smród miasta, przemieszany z wilgotną wonią betonu. Kiedy pan Czesław na chwilę przymknął oczy, móby przysiąc, że cofnął się w czasie o całe epoki, do momentu kiedy byłody i obserwował, jak wznoszony jest budynek, w którym miał mieć swoje "M-2". Pamiętał, jak spacerowali razem za rę z Władzią i ze skarpy opodal płotu na Bielanach patrzeli na rosnący blok. Wydawało im się, że jasna, ciepła i bezpieczna przyszłość stoi przed nimi otworem. Z początku ją znaleźli, ale później, kiedy sytuacja w całym kraju się pogorszyła i nadszedł okres niepokojów, stoczyli się w dół, do jamy pełnej podobnych im ludzi, liczących każdy grosz i oszczędzającym na czym się tylko da. Pan Czesław miał swój honor, został bowiem wychowany wedle starej, przedwojennej szkoły, nie prosił nikogo więc o pomoc, brzydził się sięgnąć po cudze i nie dopuszczał myśli o kradzieży, czy oszustwie.

"Firma bidna, ale solidna", mawiał o sobie, zwłaszcza, kiedy jego kolega z wojska, Marian Przybłędzki, chwalił się lewymi zyskami z egzaminów na prawo jazdy. Były milicjant, zawsze potrafił ustawić się w życiu, dlatego kiedy słba Ojczyźnie przestała być opłacalna, zaczepił się w ośrodku ruchu drogowego i ż z łapówek za zdanie egzaminu.

Nadjechał tramwaj linii "26". Był stary, kanciasty i brudnoczerwony. Kiedy otworzyły się drzwi, ze środka buchnęło gorąco i smród oleju opałowego. Pan Czesław wspiął się po schodkach i zajął miejsce po prawej stronie. Torbę poł na kolanach, zdjął czapkę i otarł łysinę z potu. Tramwaj ruszył, nie zważając na staruszkę, która biegła przez przejście dla pieszych, objuczonakatymi torbami z zakupami.

Zawsze, kiedy za oknami przesuwał się krajobraz Bemowa i Ratusza, pan Czesław wracał myślami do tamtych spokojnych czasów, kiedy przyjechał do Warszawy. To było lato 1964 roku, kobiety nosiły się odważnie, były roześmiane i kolorowe. Radzymin wydawał się maluteń, zaściankową wsią w porównaniu do stolicy. Tutaj bez przerwy coś się działo, nawet w niedzielę, po obiedzie, kiedy w rodzinnej mieścinie zamierało życie. W Warszawie panował gwar, ruch i zamieszanie. Czesław trafił do technikum metalurgicznego. Uczył się pilnie, ale jego prawdziwą miłcią była piłka nożna. To dzięki sprawnej grze na obronie, szybkim nogom i refleksowi, koledzy przestali postrzegać w nim "wsioka", a zaczęli traktować jak swojego. Nawet Miecio Karwas, z którym siedzieli w jednej ławce i razem pakowali się w tarapaty , zauważ, że Czesław był jakiś inny. Rzecz jasna chłopcy w tym wieku interpretują odmienność tylko w jeden sposób. Nie raz i nie dwa żartowali sobie, dociekając "dziupli Czesia", ale on puszczał ich uwagi mimo uszu. Miecio próbował się dowiedzieć, czemu Czesław potrafi być tak bardzo nieobecny duchem, ale nawet rodzeństwo i rodzice nie potrafili odpowiedzieć na te pytania, choć odpowiedź leża w zasięgu ręki.

Po obronieniu pracy dyplomowej i zdaniu matury, Czesław poszedł do roboty. Z początku został zatrudniony w Hucie Warszawa, ale szybko zdał sobie sprawę, że nie nadaje s do nadzoru wylewki surówki.

Tramwaj zatrzymał się przy Skierniewickiej. Te okolicę Czesław darzył szczególnym sentymentem. W Hucie kompletnie nie mó się zaaklimatyzować. Drażniły go żarty robotników, a oni nie byli w stanie znieść bariery, jaką wyczuwali pomiędzy swoją przyziemnością, a jakąś dziwną, niespotykaną duchowością Czesława. Zaczęło się od niewybrednych dowcipów, plotek i opowiadanych kątem historyjek o pikantnym zabarwieniu. Skończyło się na bójce, szykanach i szpitalu. Dzięki pomocy przyjaciół Czesław znalazł zatrudnienie w Pol-Kolorze, na którego zaniedbany, zdewastowany budynek nie spoglądał. To były najlepsze dni w jego życiu. Cisza i spokój, mnóstwo okazji do poobiedniej drzemki czy porannego przymknięcia oka. Ludzie okazali się mili i sympatyczni, a płaca starczała na godziwe życie. Pan Czesław dostał przydzi na mieszkanie na Bielanach i w tym samym czasie poznaładzię. Spotkali się na prywatce: ona nie moa oderwać wzroku od jego głębokich, tajemniczych oczu, on nie potrafił powiedzieć "nie". Zaczęli się spotykać: chodzili razem na lody i do kina, byli raz w teatrze i wylegiwali się nad Wisłą. Na wiosnę tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego roku pobrali się w Urzędzie Stanu Cywilnego na warszawskiej Starówce, niecałe dwa lata później na świat przyszło ich jedyne dziecko, chłopiec, któremu nadali imię Jan. Żyli spokojnie i w miarę dostatnio. Syn zdrów, a jego rodzice nie brzydzili się pracą, dlatego ich niewielkie, dwupokojowe mieszkanko zawsze było czyste i schludne, choć brakowało w nim zbytkownych porcelan z NRD, czy pamiątek po wakacjach w Bułgarii.

Kiedy nadszedł rok 1989, życie państwa Miąsików uległo gwałtownej zmianie. W spokojną, monotonną egzystencję wdarł się wielki świat. Najpierw upadł Pol-Kolor, a wraz z nim spokojna egzystencja Czesława. Okrutne wichry ekonomicznych przemian wypędziły go na nieprzyjazny rynek pracy, który nie potrzebował starszego technika fotografii, nie potrafiącego generować cudów w Photoshopie, czy renderować obiektów trójwymiarowych na Macu. Pośredniak, praca stójkowego na parkingu, którego przeklinająwniarze, prowadzący samochody warte więcej, niż jego roczna pensja, doprowadziły go do rozpaczy. Nieprzespane, stracone bezpowrotnie noce, kiedy był ochroniarzem na budowie, nieomal sprawdziły nań ruinę, dlatego z radością powitał pracę w hipermarkecie. Tutaj nikt nie chciał, aby Czesław pracował na noce. Te zdominowała szajka młodych cwaniaczków ze sklepu i strażników, którzy podkradali alkohol, papierosy i słodycze. Pan Czesio odetchnął z ulgą, choć nadal z łezką w oku wspominałote czasy Pol-Koloru.

Tramwaj zatrzymał się na skrzyżowaniu Alei Solidarności i Jana Pawła II. Pan Czesław wysiadł, mrużąc oczy. Choć było po czwartej, słce nadal mocno świeciło. Czesław przycisnął torbę do boku i przeszedł na drugą stronę ulicy. Pozwalał, aby ludzki strumień nió go ze swoim nurtem. Podąż zamyślony, kątem oka obserwując nieświadomy potok ludzkiej tłuszczy, zatopionej w płyciźnie swoich przyziemnych, banalnych problemów codzienności

Na drugim przystanku tłoczyła się ciżba pasażerów. Czesław stanął na jej skraju, wypatrując pomiędzy ludźmi tabliczki nadjeżającego tramwaju. "19" mu nie pasowała, ale dzięki temu, że podjechała, tłok na wysepce się zmniejszył. Ku zdziwieniu Czesława niebo pociemniało. Szara, ołowiana chmura nadciągała od Ronda ONZ, nioc ze sobą brzemię deszczu. Kiedy pierwsze krople zaczęły padać na chodnik, podjechał wreszcie tramwaj linii "17" i pan Czesław schronił się we wnętrzu pojazdu. Stanął z tyłu, ponieważ wszystkie miejsca siedzące były już zajęte.

Deszcz lunął z niespodziewaną siłą. Aleja Jana Pawła II w oka mgnieniu zamieniła się w rzekę, której wody raz po raz przecinały prujące fale samochody. W nagłym półmroku przypominały morskie potwory, które w morskiej kipieli polują na nieostrożne załogi oceanicznych kliprów lub wynurzającego się w szkwał "Nautilusa". Czesław obserwował ludzi uciekających przed deszczem i uśmiechnął się bezwiednie. Wyglądali śmiesznie i żałnie, pozbawieni swojej godności i dumy przez zwyczajny letni deszcz. Ludzie, którzy spoglądali na niego z góry w sklepie, teraz uciekali jak szczury.

Nagle w torbie zadźwięczała komórka. Czesław zaczął grzebać w jej poszukiwaniu i kiedy ją znalazł, ta zawibrowała jeszcze raz. Na porysowanym i pękniętym w rogu wyświetlaczu starej Nokii pojawiła się ikonka symbolizująca SMS. Czesław zmruż oczy, aby dojrzeć, który z wytartych klawiszy musi nacisnąć, aby ją odblokować. Kiedy uruchomił aparat, ustawił go pod światło, aby odczytać treść wiadomości. Literki były zbyt małe, więc wsadził telefon do kieszeni kamizelki i zaczął szperać w torbie, szukając okularów. W końcu znalazł wytarte pudełko w którym je trzymał, tramwaj się zatrzymał i część pasażerów wysiadła, biegnąc ile tchu do przejścia dla pieszych.

Czesław zajął wolne miejsce, zał okulary na nos i wyjął telefon z kieszeni. Pierwsza wiadomość przyszła od Mańka. Pisał, że zarobił na ostatnim egzaminie i mogą "pójść w tango". Zapewniałdkę, zagrychę i być może "dziewczynki". Czesław pokręciłową i uśmiechnął się sam do siebie. Marian nigdy się nie ożenił, bo za milicyjnych czasów nie miał ochoty rezygnować z życia, jakie z racji funkcji mó prowadzić. Potem było już za późno i został sam, choć nadal usiłował prowadzić życie peerelowskiego playboya. Niekiedy przypominał sobie o Czesławie i próbował go wciągnąć do swoich zabaw i wspaniałego, jak mniemał, świata, ale bez rezultatu.

Drugiego SMS-a wysła Władzia. Korzystali z tego, że mają telefony w tej samej sieci na kartę, dlatego mogli je przesył za darmo. Czasami wysyła listę brakujących zakupów. Tak było i tym razem: "Kup pomidory, ogórka, masło, biały ser, mydło, dwie rolki papieru i program telelwizyjny. Poszłam do Ewy".

Czesław schował telefon na miejsce, okulary wsadził do futerału i wsunął do kieszonki. Torbę ustawił na kolanach i wyjrzał za okno. Miasto przybrało magiczny wygląd: wieże kościołów odcinały się wyraźnym konturem od jasnobłękitnego nieba. Daleko za nimi widać było złoto-różowy krąg słonecznego światła, ale nad Warszawą rozciągały się czarne, gęste chmury. Ich pierwsze zagony dotarły już nad Bielany, łapczywie zagarniając stolicę pod swojąadzę. Samochody i autobusy parły przez zasłonę deszczu, świecąc ślepiami reflektorów. Pan Czesław miechnął się znowu, wiedząc, że dla wielu ludzi to iście czarodziejskie widowisko. W nadchodzącej burzy znajdowali okno do odrobinę innego świata, w którym na krótką chwilę mogli uwolnić się od trudów dnia powszedniego, kłopotów finansowych, problemów w pracy i poczucia małci. W takich chwilach Czesławowi żal było tych nieszczęśników, którzy przypominali mu glistę zamknię w więzieniu ludzkiego ciała, nieświadomą ogromu i piękna otaczającego ją wszechświata. Ci ludzie: żyjący pełnia życia, cieszący się bogactwem, szacunkiem i powodzeniem, tak naprawdę nie znali życia, nie wiedzieli, że świat który ich otacza, nie jest jedynym i najwspanialszym.

Tramwaj zatrzymał się przy Lasku Bielańskim. Gdyby dzień byłoneczny, pan Czesław pewnie by wysiadł i przeszedł ostatnie dwa przystanki spacerem, ale pogoda nie nastrajała do przechadzek. Czesław bardzo lubił takie wyprawy i wspólnie z żoną i synem wiele razy wyjeżali na Mazury czy w Bieszczady, aby spacerować. Odkąd Jaś wyprowadził się z domu, a on i Władzia posunęli w latach, takie wyprawy stały się rzadsze. Jeśli mieli iść na spacer, wybierali Las Bielański lub Kabacki. Poza tym, im Czesław był starszy tym więcej i tym intensywniej spał, wykradając na drzemkę każ godzinę, jaką. W domu to nikogo nie dziwiło, bo zawsze dużo i ugo sypiał, a wraz z wiekiem i cięż pracą jego zmęczenie życiem wzrosło. Władzia patrzyła na niego z wyrozumiałcią i miłcią, bo zawsze była dla niego dobra, a on wierny i cieprliwy. Ich wspólne życie potoczyło się tak, jak się potoczyło i nie było w tym winy żadnego z nich. Spokojnie weszli w starość, dopełniając się różnicami. Ona była zawsze praktyczna, przyziemna i rozgadana, a Czesław milczący, zapatrzony w dal, nieobecny duchem, ale stateczny i wyrozumiały. Tak przynajmniej mogło się zdawać, bowiem w sercu pana Miąsika tkwił pewien sekret, tajemnica jakiej nie wyjawił nikomu i która kładła się cieniem na całym jego życiu.

Pan Czesław wysiadł na przystanku "Cmentarz Włoski" i poczekał tramwaj odjedzie. Deszcz padał nadal, odcinając go od innych przechodniów jak ściana. Przeszedłszy szybkim krokiem na drugą stronę ulicy, pan Czesław skierował się do Biedronki, gdzie zrobił zakupy. Krążąc pomiędzy półkami widział podobnych sobie niewolników, ciągnących palety, uwięzionych przy kasach i obsługujących chamstwo, zwane klientami. Nikt, kto nie harował w takim miejscu, nie zrozumie, co to za mordęga. Podpici menele, wyszczekani gówniarze, ludzie uważający, że wszystko im wolno bo poczuli swąd łatwej kasy i dorwali się do koryta, traktowali człowieka jak maszynę, robota, niewolnika od jak najszybszego wykonywania poleceń.

Opuściwszy tę świątynię wyzysku, zanurzył się w labirynt alejek pomiędzy prostokątnymi blokami. Szedł w cieniu drzew, omijając popękany płyty chodników, spomiędzy których wyrastały kępy trawy. Co i rusz natykał się na pordzewiałe fragmenty resztek placów zabaw, stosy śmieci piętrzące się na trawnikach i psie kupy. Ludzie przestali dbać o osiedle, widząc, że choćby nie wiadomo jak się starali, to i tak nie dorównają splendorom nowych, zamkniętych enklaw bogactwa.

Czesław szedł szybkim krokiem, coraz bardziej zagłębiając się w ten labirynt bloków, osiedlowych uliczek, krzewów i licznych drzewek. Być może te nowe osiedla były czyste, wymuskane, zbudowane z marmurów, nierdzewnej stali i mlecznego szkła, ale brakowało im ducha, zieleni i atmosfery spokoju, jaką można znaleźć na starszych blokowiskach. Kiedy wyłonił się zza zakrętu, dostrzegłstą kupę krzewów, zielonych i bujnych, przylegających do ściany blaszanego śmietnika. Nad nimi górowała latarnia, jarząca się w wieczornym świetle jak dziwna, osamotniona gwiazda, która zstąpiła z niebios. Dookoła niej stało kilka postaci: niektóre były dumnie wyprostowane, jak posągi egipskich faraonów, inne przygarbione, pochylone pod brzemieniem trosk lub po prostu skarlałe. Od ich strony dobiegał to rechot, to przekleństwa, które nie zakłócały skupienia, dorównującego temu, jakie musiało towarzyszyć misteriom Bachusa. Jak za tamtych, antycznych czasów, zgromadzone postaci, wyłącznie mężczyźni, dzieli się winem, którego w trzech czwartych opróżniona butelka, wędrowała od ust do ust. Ponad nimi unosił się szary opar dymu papierosowy, który formował przedziwne kształty i wzbijał wyżej i wyżej, niknąć na tle ciemnego nieba.

Czesław szybko przemknął opodal pijaczków i energicznym krokiem dotarł do drzwi. Znalezienie kluczy zajęło mu chwilę, bowiem jak na złość teraz one znalazły się na dnie torby. Wszedł na klatkę schodową i zapalił światło, a potem zaczął mozolnie się wspinać, trzymając metalowej poręczy. Na każdym piętrze przystawał i ciężko sapał, a na drugim zdjął nawet czapeczkę z głowy i otarł pot z czoła wierzchem dłoni. Blok był niski: miał cztery piętra i dlatego nie zamontowano w nim windy. Czesław żartował niekiedy, że to dobrze, przynajmniej wchodząc na ostatnie piętro będzie mó zachować choć odrobinę kondycji. W końcu stanął przed drzwiami mieszkania. Żarówka na korytarzu nie działa, więc musiał odnaleźć dziurkę po omacku, ale w końcu otworzył wszystkie trzy zamki i znalazł się w domu.

Mieszkanie było niewielkie. Po prawej od wejścia znajdowała się łazienka i ubikacja, po lewej zaś ciemna kuchnia. Naprzeciwko wejścia wisiało lustro, a po jego obydwu stronach były drzwi do pokojów. Ten większy, w którym stał telewizor, regałKujawy”, dwa fotele, składana ława z obrusem, rozkładana kanapa i palemka, należ do Władzi. Podłogę wyścieł miękki dywan, ściany zdobiły makatki, krzyż i święty obrazek, a okno zasłaniały firanki i ciemnoniebieska zasłona. Władzia spędzała w pokoju większość czasu: oglądając telewizję kablową, rozwiązując krzyżówki, cerując stare skarpetki lub czytając kolorowe czasopisma. Wieczorami zwykle rozmawiała przez telefon z Jasiem lub koleżankami. Na ten drobny luksus mogli sobie pozwolić, ponieważ w abonamencie abonament na darmowe minuty. Czesław parę lat temu kupił nowy, duży telewizor, bo stary się już zepsuł i technik powiedział, że nie ma sensu regenerować kineskopu.

Drugi pokój był jego królestwem. Znajdowała się w nim szafa, wygodne łóżko, stolik nocny i stojąca brązowa lampa. Podłogę wyłono klepką, a okna zasłonięte były zarówno żaluzjami, jak i cięż kotarą, dzięki czemu nawet w najjaśniejszy letni dzień, do wnętrza nie przedostawał się ani jeden promyk światła.

Czesław odł torbę na szafkę z butami, zdjął kamizelkę, powies czapeczkę i rozsznurował buty. Podreptał do kuchni i wyjął z siatki zakupy spożywcze. Schował je do starej lodówki “Mińsk”, a następnie resztę sprawunków poł na pralce w łazience. Wrócił do przedpokoju i zamknął drzwi na górny zamek. Z szafy w swoim pokoju wyjął szlafrok, pończochę i piżamę, a potem zamknął się w łazience. Pomieszczenie było ciasne i swoją nieregularnością przypominało podziemną grotę. Zewsząd wystawały kanty: pralki, wieszaków na pranie, prostokątnej umywalki. Przemyślnie zamontowana, wydłona bateria obsługiwała zarówno ją, jak i wannę, nad któ dodatkowo znajdowała się konstrukcja ze szczebelków, bloczków i sznurka, na której można było zawiesić schnące rzeczy. Czesław odkręcił wodę i spojrzał w głąb pieca gazowego. Zapłonęła w nim iskra, która rozpaliła bladoniebieski płomień. Ten zaczął nagrzewać strumień wody, a Czesław obrócił gał do maksimum. Płomienie zrobiły się wyższe i jasnożółte, przypominały ogień stosu, który miał oczyścić duszę człowieka ze zła i skazy grzechów. Gorąca, prawie wrząca woda szybko napełniała małą wannę. Ce pomieszczenie momentalnie zaparowało, mąc ostrość kantów i rozmywając kształty. Światło żarówki nad umywalką stało się rozproszone i mgliste. Czesław rozebrał się i zanurzył w wodzie, czując jak jego skóra cierpnie pod wpływem gorąca. Obmył się z potu znojnej pracy, z brudu ulicy i codzienności. Ciepło rozgrzanego ogniem ukropu wypędzało z jego ciała chłód, dawało siłę i sprawiało, że czuł się lepiej. Przymknął oczy, pozwalając sobie na chwilkę wytchnienia. Kiedy tak leż zanurzony po szyję, przestawał się martwić fatalną pracą, tym, że ludzie patrzyli na niego z góry, mieli za nikogo, że za plecami nazywali starym piernikiem, safandułą, uważali za niepotrzebny balast. Teraz, kiedy spoczywał w gorącej wodzie i miał za chwilę zniknąć za bramą do swojego królestwa, nic mu nie mogli zrobić, w żaden sposób nie byli w stanie zranić czy dotknąć.

Czesław namydliłbkę i bardzo dokładnie się umył. Potem spłukał całe ciało pod prysznicem, odkorkował wannę i wstał. Jeden z ręczników, grubych, puchatych, ciepłych i miękkich poł na podłodze, drugim wytarł się do sucha. Kiedy wyłaniał się z wody, czuł spokój i błogostan. Wyszedł z wanny i spłukał szybko prysznicem. Potem przetarłonią lustro, osuszył dokładnie włosy, zaczesał je do tyłu i nał na nie pończochę. Ubrał się w pasiastą, flanelową piżamę, zał szlafrok i tak odziany wychynął z łni. Kłęby pary towarzyszyły mu jak mgła, kiedy wyszedł do przedpokoju. Czesław poszedł od razu w prawo. Zamknął za sobą doadnie drzwi i przekręcił zamek. To było jedno z jego “dziwactw”: nie lubił, kiedy ktoś przerywał mu sen. Władzia przyjęła to z dobroduszną wyrozumiałcią dla narowów jej mężczyzny. Drzwi były dodatkowo wyciszone, tak że nie sposób było usłyszeć, co się dzieje po ich drugiej stronie.

Odgarnąwszy z łóżka kapę Czesław poukładał poduszki i przysiadł na krawędzi łóżka. Jego wzrok padł na szafkę nocną, w dolnej szufladzie której znajdowało się staromodne pudło, wewnątrz którego skryty był jego skarb. Przedmiot ten był najcenniejszą rzeczą jaką pan Czesław posiadał, której nie oddałby za nic w świecie. Wewnątrz pudełka z Chin znajdował się stary notes o pozaginanych kartkach, pomiętych i poplamionych, płóciennych okładkach. Kiedyś, oprócz szytego grzbietu, spina je dodatkowo gumka biegnąca wzdł prawego marginesu, ale już dawno temu sparciała i pęa.

Czesław dokładnie pamiętał ten dzień, kiedy znalazł notes. Upalne lato 1960 roku, dwudziesty trzeci lipca, cały Radzymin odpoczywał w skwarze po obchodach „Święta Wedla”: dzieciaki skryły się w krzakach, dorośli woleli zacienione wnętrza domów, ławki w parku czy chłodne, kamienne klatki schodowe. Dom w którym mieszkali Miąsikowie zawsze pachniał stęchlizną, która biła z piwnic, zbutwiałym drewnem od strychu i gotowaną, kiszoną i zasmażaną kapustą z mieszkań. Przed oknami łopotało rozwieszone na sznurkach pranie, psy leniwie dyszały skryte w cieniu, najmłodsze z dzieci nudziły się jak bąki.

Czesław, wtedy Czesio, wyszedł na klatkę schodową. Rodzice drzemali po obiedzie, dlatego nie móuchać radia, ani bawić się z rówieśnikami, a w domu panowała okropna nuda. Usiadł na schodach, nie mając za bardzo swojego miejsca. Bywały takie dni, że koledzy nie chcieli grać z nim w pił, ani chodzić nad glinianki i wtedy boleśnie dokuczała mu samotność. Potrafił sobie nią radzić: czytał książki, chodził na spacery w sobie tylko znane miejsca lub po prostu znajdywał jakąś kryjówkę i snuł marzenia, w których na przemian był panem Wołodyjowskim, Tarzanem czy dzielnym żnierzem. Im częściej rówieśnicy go dręczyli, tym dalej uciekał w ten świat, jeszcze bardziej odcinając się od tego, który go otaczał.

Ten dzień był inny i miał być ogromnie brzemienny w skutkach. Koledzy sami wybrali się nad rzekę, nie zabrali go ze sobą. Nikt mu słowa nie powiedział. W całym domu zapadła cisza i zapanowała duszna martwota. Czesio siedział na chłodnych schodach i rozmyślał. Nagle tknęła go myśl: mó wybrać się na strych i pomyszkować tam w poszukiwaniu dziwnych ciekawostek, albo wdrapać się na krokiew i wyjrzeć przez okno w dachu!

Zerwał się na równe nogi szybko wbiegł na ostatnie piętro. Wdrapał się po drabince i znalazł na ciemnym poddaszu. Strych byługi, ciągnął się na długość całego budynku, potwornie zakurzony i brudny. Ludzie przychodzili tutaj, aby zostawić niepotrzebne szpargały, rzucali je gdzie popadnie i uciekali na dół. Większość dzieciaków bała się przychodzić na gó, bo dorośli opowiadali im, że na strychu w nocy tańcują duchy, porywające ciekawskich i co bardziej wścibskich. Rzeczywiście, nocami słychać było z poddasza dziwne wycia, szelesty i stukoty. Mó to być jesienny wiatr, ciągnący przez szczeliny i wywracający rzucone bezładnie śmieci, ale kto wie, może to zjawy urządzały sobie potańwki. Podobno, podczas wojny, na strychu ukrywała się rodzina miejscowych Żydów, któ jakiś szmalcownik wydał Niemcom. Dorosłych rozstrzelano albo wywieziono do Oświęcimia, ale jedno z dzieci, ukryte w przemyślnym schowku, przetrwało. Nikt o nim nie wiedział i uwiezione zmarło z głodu, choć woło o pomoc i darło drewniane ściany więzienia. Podobno jego duch snuł się po domu, wołając dawno zaginionych rodziców.

Czesio ostrożnie zamknął za sobą klapę i rozejrzał dookoła. Wszędzie walały się jakieś graty: deski, stare podziurawione garnki, krzesła, pęknięte lustro, tylna ściana szafy. Drewniane skrzynki, pudła, kufry i wiklinowe kosze, gdzieś dostrzegł pierzynę, z jakiegoś powodu rozłoną na podłodze, jakby gotową do spania. Skarby i tajemnice, przygody, pułapki i dzika kraina, pożywka dla wyobraźni chłopca.

Sam nie wiedział, ile tak myszkował po strychu, ale jakimś dziwnym zrządzeniem losu przecisnął się między pudłami i dotarł do tej części strychu, której nigdy wcześniej nie odwiedził. Pośd starych sprzęw znajdowała się jama, cos na kształt kryjówki, w której dostrzegł pudło. W zasadzie nie różniło się niczym od pozostałych kartonów, ale jego wzrok przyciągnął metaliczny błysk z wnętrza. Skuszony myś o złocie, ukrytych pieniądzach i Bóg jeden wie czym jeszcze, wślizgnął się do jamy i podczołgał do kartonu. W pierwszej chwili przeż zawód, metaliczny błysk wziął się z jakiegoś dziwnego świecznika. Miał siedem ramion zbiegających się w pojedynczą podstawkę i był wykonany z niklu, nie złota. Oprócz niego wewnątrz znajdowały się jakieś dokumenty (po niemiecku, Czesław wiedział jak wyglądała swastyka), stare buty, niewielka czapeczka, która ledwie mieściłaby się na czubek głowy ojca i coś na dnie. Czesław sięgnął po ten ostatni przedmiot i wydobył notes. Był obłony w poplamione płótno i na dodatek spięty gumką.

W zasadzie miał go wrzucić z powrotem o kartonu, ale coś go tknęło i zdecydował się otworzyć. Ta chwila zmieniła życie Czesława na zawsze. Nie wiedział, ile czas spędził przeglądając notatnik, ale kiedy w końcu unió wzrok znad jego kartek, zapadał już zmrok. Na zewnątrz, letni skwar ustąpił miejsca zachodowi słca w pastelowych kolorach. Czesław schował książ za pazuchę i zszedł na dół. Coś podpowiadało mu, że nie powinien się chwalić znaleziskiem, dlatego nie powiedział o nim rodzicom, a jedynie schował książ pod materac. Zjadł kolację, umył się i bez szemrania poszedł spać. Tej nocy śnił jak nigdy dotąd. Przed oczyma przesuwały się fantastyczne krajobrazy, których szkice oglądał w pamiętniku. Spoglądał na niebotyczne góry i lustrzane tafle jezior, spowitych gęstymi mgłami. Wędrował przez okrytą wilgotnymi oparami dżunglę, tak zieloną i tak gęstą, że zadała się zajmować każdy centymetr ziemi. Słyszał śpiew fantastycznych ptaków, widział najprzedziwniejsze stworzenia, zarówno te potwornej, jak i te piękne. Widział dzikich, którzy polowali na zwierzynę i uciekali przed drapieżnikami. Dotarł do zielonkawych plaż i był świadkiem, jak przybijają doń czarne statki o pękatych kadłubach, na rejach, których powiewały czerwone żagle. Wraz z nim popłynął ku zachodzącemu słcu, do miast o alabastrowych murach, wieżach z lapis-lazuli i dachach ze szczerego złota, nad którymi unosił się śpiew brodatych muezinów. Zakosztował smaków Orientu i Kitaju, tańczył w rytm muzyki Hindu i nurzał się w oparach opium snów. Przemierzył w ciągu tej nocy wielkie odległci i poznał rzeczy, których nie było dane zaznać innym ludziom oprócz tajemniczego autora pamiętnika.

Od tamtego dnia Czesław uległ jakiejś zagadkowej przemianie. Stał się jeszcze bardziej zamknięty w sobie, jakby w jego wnętrzu otworzył się zupełnie nowy, wspaniały świat. Nie spędzał już czasu grając bez przerwy w pił, uganiając się z kolegami po zburzonej ceglarni, a zaczął samotnie wyprawiać się tam, gdzie inne dzieci nie chadzały.

Czesłąw Miąsik poświęcił swojąodość na opanowanie wiedzy, któ znalazł na kartach notesu w płóciennych okładkach. Choć z pozoru nie zasługiwał on na miano księgi wiedzy, to z pewnością nią był. Vademecum, przyjaciel w podróży. Czesław studiował go sam, mozolnie brnąć przez tekst, kartka po kartce opanowując arkana sztuki, któ posiadł, jeśli nie zdefiniował, tajemniczy autor. Z nielicznych strzępków informacji, jakie ten pozostawił przez przypadek, lub umyślnym podstępem, zorientował się, że był on mistykiem i śniącym, a być może kimś bardziej zaangażowanym w sztuki tajemne. Żyd z urodzenia, zachował umysł otwarty, nieskażony ciasnotą religijnego ograniczenia, zaznał zarówno dobrego jak i złego, samemu czyniąc wiele rzeczy zbawiennych, jak i złowrogich. Wykorzystawszy te informacje, oraz kilka, jakie zd wydobyć os sąsiadów i krewnych, Czesław dowiedział się, że autorem księgi był zapewne Szmuel Warum, włciciel szwalni obuwniczej, kilku sklepów, a także podróżnik i ekscentryk. Jako że akta gminy żydowskiej zostały spalone przez hitlerowców, zwrócił się o pomoc do Czerwonego Krzyża, jednak jego pracownicy nie byli w stanie za bardzo pomóc w poszukiwaniach. Ostatnie informacje o Warumie były takie, że przed wojną mieszkał w Radzyminie, a ostatni raz widziano go zimą 1939 roku, tuż po zajęciu miasta przez Nazistów. Od tamtego czasu nikt go nie spotk, nie skontaktował się z nikim z krewnych i podejrzewano, że anonimowo zginął w którymś z obozów zagłady.

Zdany na własne siły mozolnie czytał stronę po stronie, ogromnym nakładem intelektualnej pracy poznaw kolejne tajniki wiedzy, jaką zesło mu przeznaczenie. Sekret po sekrecie, tajemnica po tajemnicy, przejrzał je wszystkie i kiedy sprowadził się do Warszawy, wiedział już, że potrafi sterować świadomie własnym snem. Kiedy zapadał zmrok, a on kładł się do łóżka, w przeciwieństwie do innych ludzi nie zapadał w czarną nicość, z której czystym przypadkiem wyłaniali się następnego ranka, ale udawał w podróż, daleką i cudowną, zwiedzając świat prawdziwszy od realnego. Czesław porzucił ten, przaśny, szary, skłócony wojnami, konfliktami państw, walką klas i powiewający szturmówkami na pochodach, wybierając krainę najdzikszych imaginacji, wyobraż i cudów. Zamiast uczestniczyć w pierwszomajowych pochodach, on wspinał się po zboczach niebotycznych gór. Podczas gdy jego sąsiedzi wyjeżali na saksy lub bezskutecznie starali się o wizę do zagranicznego eldorado, on przemierzał lazurowe oceany i odkrywał rajskie wyspy. Koledzy z pracy handlowali pokątnie odczynnikami lub załatwiali mętne interesy na jarmarkach, on tymczasem handlował i targował na Wielkim Bazarze w mieście Gemini o białych murach i wdzięcznych krużgankach, które było centrum handlu na całym Costa del Nymphos. Podczas gdy inni patrzyli na niego z góry, kręc nosem na to, że nic nie kombinuje, żyje skromnie i nie korzysta ze szczodrobliwości naiwnego państwa, on zdobywał wiedzę i poznawał tajemnice, których istnienia ich ograniczone umysły nie były w stanie nawet podejrzewać.

Lata mijały i choć jego ciało się starzało, więo i pokrywało zmarszczkami, to duch i ukryte jestestwo pozostały tak samo ciekawe świata, żądne przygód i nowych doznań, jak młodzika. Czesław Miąsik nie był jednak takim głupcem, za jakiego mieli go wszyscy po tej stronie snu. Wiedział doskonale, że jego czas powoli, acz nieubłaganie dobiega końca. Widział to po zadyszce, jaka towarzyszyła mu kiedy wspinał się po schodach, rosnących porcjach lekarstw, które musiał łykać i po bólu w sercu, jaki od jakiegoś czasu zaczął mu dokuczać. Podczas gdy jego rówieśnicy ignorowali problem, a ich żony uciekały w ślepą dewocję, on wiedział że ma inne wyjście.

Czesław zdecydował się uciec. To była ostatnia lekcja, jakiej udzielił mu Warum za pośrednictwem notatnika. Nic dziwnego, że ani organizacje żydowskie, ani Czerwony Krzyż nie potrafiły go znaleźć. Zrozumienie czterech końcowych stron zajęło Czesławowi osiem lat życia, snów i medytacji. Każda linijka, margines zapisane były symbolami, słowami-kluczami, miniaturowymi rysunkami i planami, które pozwoliły mu odkryć, jaki los spotkał Szmuela Waruma.

Przewidziawszy lub przeczuwawszy, jaki grozi mu los, widząc, jak nazistowska pętla zaciska się wokół gminy żydowskiej w Radzyminie, całej okupowanej Polsce i Europie, mistyk postanowił ratow życie. Wiedział doskonale, że nie ma szans na przedarcie się do walczącej Anglii czy odległej Ameryki, nie chciał też ryzykować przeprawy przez stalinowski Związek Radziecki. Taka podróż była zbyt niebezpieczna i praktycznie niemożliwa, dlatego Warum w ciągu jesieni i zimy 1939 roku opracował metodę, która pozwoliła mu przenieść się całkiem do snów. Wyniki swoich badań zapisał w „Vedemecum”, które ukrył na strychu. Po co to zrobił? Czy liczył, że ktoś skorzysta z jego notatek i ucieknie wraz z nim? A może zostawił notatnik jako drogowskaz, który umożliwi komuś wydostanie go z tej magicznej krainy? Czesław nie potrafił odpowiedzieć na te pytania, choć postawił je sobie już bardzo dawno temu. Nigdy też nie trafił na Szmuela Waruma, choć częstokroć o niego rozpytywał w tawernach, bibliotekach, koptyjskich klasztorach, pośd ludu, gminu i arystokracji Costa del Nymphos.

Czesław zawsze był zapobiegliwym człowiekiem, dlatego już zawczasu przygotował się do nieuniknionego. Ostatni rok snów poświęcił na wiele wędrówek po kazamatach, sztolniach i najczarniejszych głębiach, które kryły się za górami otaczającymi Costa del Nymphos. Był to teren z rzadka odwiedzany przez mieszkańw wybrzeża, podobnie jak i innych Śniących. Tych bowiem, choć spotykał rzadko, to zdawał sobie sprawę z ich istnienia. Wędrowcy ci odnosili się do siebie z szacunkiem i uprzejmością, wymieniając informacjami, ostrzegając nawzajem przed niebezpieczeństwami i udzielając pomocnych rad. Czesław odnalazł w końcu miejsce, którego szukał: była to komora skalna ukryta w sercu gór, z której na powierzchnię prowadził jeden długi, wąski i kręty tunel. Tam Czesław urządził swój pokój odrodzin. Wył komnatę marmurami i klejnotami, po środku ustawiłoty sarkofag, a dookoła w donicach zasadził palmy i kwiaty. Sprawił nawet, że przez środek pomieszczenia przepływał niewielki strumyczek, biorący swe źo z wodospadu w ścianie. Na koniec zł w pomieszczeniu klejnot, na zakup którego wydał swój cały majątek, jaki zgromadził podczas wielu lat podróży po wyśnionych krainach. Uł go na atłasowej poduszce, skrytej pod sarkofagiem w Grobowcu Snów, jak nazywał to miejsce. Wszystko było przygotowane i poniekąd Czesław nie mó doczekać się chwili, kiedy na zawsze i na stałe przeniesie się do wyśnionych krain na zawsze. Żal mu było trochęadzi, ale nie miał jak jej pomóc. Nie potrafiłaby dostać się do tego miejsca, objąć go rozumowaniem, uwierzyć weń, choć z łatwością angażowała się w życie bohaterów telenowel. Przyziemna, ograniczona, zamknięta w swoim ciasnym życiu, nie potrafiła wyjrzeć poza więżące ją mury przyziemności.

Oczyszczony wodą i ogniem, spowity w ciszę swojej sypialni, Czesław Miąsik wziął do ręki „Vademecum” i pogładził czule chropowatą okładkę. Musiał komuś przekazać notatnik, być może ktoś jeszcze znajdzie dzięki niemu ucieczkę od przytłaczającej rzeczywistości. Miał na to jeszcze czas, jeszcze nie odchodził.

Czesław Miąsik poł się doróżka i odetchnął ciężko. Minął kolejny, żmudny dzień. Na szczęście po każdym z nich przychodziła noc, a wraz z nią otwierały się księżycowe wrota do innego, lepszego świata. Zamknął oczy i praktycznie od razu zasnął.

 

W Helipolis na Costa del Nymphos, na wzgórzu gdzie wznoszą się rezydencje filozofów, mędrców, mistyków i pisarzy, rozległ się cichy dźwięk dzwonka. Poranna bryza poruszała zwiewnymi firankami w szerokich, otwartych oknach, a z ogrodów dochodziło bzyczenie owadów iodki zapach kwiatów. Słba spojrzała ku górnemu tarasowi, z którego doszło melodyjne brzęknięcie. Zacny pan wrócił.

 

adysława otworzyła drzwi i weszła do ciemnego mieszkania. Przez otwarte okno balkonu dobiegał odgłos przejeżających w oddali samochodów, czuła zapach letniego deszczu i widziała blask lampy na podwórku. Drzwi do pokoju Czesia były zamknięte. Biedak, pewnie znowu zamęczyli go w pracy i od razu po powrocie do domu poszedł spać. Był dobrym, jowialnym człowiekiem, uczciwie pracował i szanował. Przez te wszystkie lata nie podnió na niąosu, ani ręki. Racja, był śpiochem, nie miał w sobie nic z przystojnych amantów telewizyjnych i był najzwyklejszym człowiekiem na świecie, ale okazał się dobrym mężem i odpowiedzialnym ojcem. Nie mi przed nią tajemnic i choć był taki zwyczajny, to go kochała. Ot, czasem dobrze jest wybrać kogoś normalnego, który nie wyróżnia się z tłumu. Przynajmniej wszystko o nim wiedziała.

 

 

 

 

Warszawa

styczeń-kwiecień 2009