Za oknem wiał silny wiatr. Deszcz siekł o szyby, a gałęzie drzew uderzały o nie, targane wichrem. Jesień podkradła się niespostrzeżonym, kocim krokiem. Dni stawały się coraz krótsze, a noce ciemniejsze.

Na poddaszu panował spokój i cisza. Powietrze było suche, ciepłe i pachniało drewnem. Od przewodu kominowego biło gorąco. W półmroku laboratorium wyglądało jak uśpione, czekając na przybycie swego mistrza. Pył i kurz osiadł na aparaturze, a w rogach pokoju zwieszały się pajęczyny.

Wieść o moim zwycięstwie nad czarnym, wielkim tłuściochem rozniosła się po naszym świecie lotem błyskawicy. Inne pająki, nie rozumiejąc jak mogłem zatryumfować, zaczęły mnie omijać. Spoglądały na moją pajęczynę z obawą i zazdrością, nienawidziły i panicznie się mnie bały. Moje chwalebne odosobnienie zostało naruszone tylko raz, kiedy jedna z połyskliwych samic zbliżyła się do mnie, chcąc sprawdzić, czy nadaję się do godów. Przegnałem ją. Owady, jak to owady, głupie i nie zdolne do sklecenia jednej logicznej myśli, wpadały w moją sieć, jak to zawsze miało miejsce. Tylko szczury i inne gryzonie pozostały obojętne na moją chwałę. I pomyśleć, że kiedyś ignorowałem jak tak samo, jak one mnie...

Choć rozpierała mnie duma, to cały czas powtarzałem sobie, że nie wolno mi zapomnieć o najważniejszym. o Wielkim Planie.

Wszystko zaczęło się jakieś dwa tygodnie wcześniej. Nie pamiętam dokładnie, ale wiem, że to było lato, a wielki, tłusty, czarny pająk czatował jeszcze na swoim oknie. Musicie wiedzieć, że my, pająki, mamy poważne kłopoty ze śledzeniem upływu czasu. Po pierwsze, w zależności od gatunku, przesypiamy albo cały dzień, albo całą noc. Zajęci polowaniem, ucieczką i walką o przetrwanie, nie zawracamy sobie głowy kalendarzem. No i większość pająków ma bardzo krótką pamięć. Ale nie ja.

W każdym razie, wszystko zaczęło się jakieś dwa tygodnie temu. Siedziałem w mojej sieci i cierpliwie czekałem, aż zaplącze się w nią jakaś tłusta mucha, kiedy dotarły do mnie jakieś drgania. Dla was byłyby to odgłosy kroków na schodach, dla mnie to były ruchy powietrza, podrażniające włoski na odnóżach. Jak każde zwierzę w takiej sytuacji, zamarłem bez ruchu i czekałem. Drzwi do laboratorium się uchyliły i weszło dwóch Ludzi. Podejrzewam, że inne pająki ich nie zauważyły, po prostu byli zbyt wielcy i umykali ich percepcji. Ja nie jestem zwyczajnym pająkiem, dlatego wiem gdzie patrzeć i co można zobaczyć.

Ludzie pokręcili się, pohałasowali i poszli. Jeden z nich ociągał się z wyjściem i wtedy ten drugi go zawołał. Tak poznałem imię mojego zbawcy:

- Mateusz!

Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że Mateusz będzie moim wybawicielem. Po prostu kuliłem się w pajęczynie i śledziłem go wszystkimi pajęczymi zmysłami. Pierwsze nadzieje zrodziły się jakiś czas później, kiedy Mateusz wrócił. Laboratorium mieści się na poddaszu dużego budynku, który z kolei stoi w gęstym sadzie. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo samo nie opuszczałem go od bardzo, bardzo dawna. Kiedyś, aby dostać się do budynku trzeba było przejść przez bramę lub przeskoczyć przez płot, sforsować ciężkie dębowe drzwi, wspiąć na trzecie piętro po szerokich schodach, przejść przez długi, zakurzony i wiecznie ciemny korytarz, a potem otworzyć kolejne, skrzypiące drzwi. Samo laboratorium, to długie, prostokątne pomieszczenie, w którego południowej ścianie znajduje się pięć wysokich, zakończonych łukiem balkonowych okien. Drewno jest stare, a szyby trochę wypaczone, ale nie przepuszczają ani wiatru, ani deszczu. Za umeblowanie służy biurko, kilka metalowych szafek z aktami, półka na książki, obła lodówka z niby odręcznie napisaną etykietą "Mińsk" i chromowaną klamką, urządzenia kontrolne i wreszcie sam Aparatus. Obecnie wszystkie te sprzęty przykryte są płachtami materiału, który ma je chronić przed działaniem kurzu oraz nami, niechcianymi mieszkańcami domu.

Mateusz wrócił, zaciekawiony domem i laboratorium. Nie wiem jak wygląda reszta pokojów, ale przypuszczam, że podobnie do mojego domu. Coś w nim musiało być na tyle ciekawego, że chłopak postanowił jeszcze raz zajrzeć i poszperać. Obserwowałem go, jak ogląda biurko, spogląda na zegary urządzeń kontrolnych i próbuje zajrzeć do wnętrza przetwornicy. W pewnym momencie zajrzał też pod płachtę, która skrywa Aparatus i wtedy przeszył mnie dreszcz. Ja sam nigdy tam nie chadzam. Boję się. Chłopak pokręcił się i porozglądał ciekawie, ale nagle musiał coś dosłyszeć, bo podbiegł do okna, wyjrzał przez nie, a potem dał drapaka. Zostałem sam. siedziałem w mojej sieci, nieruchomy jakbym skamieniał. Nie mogłem uwierzyć w myśl, która powstałą w mojej głowie. Czy to mogła być prawda? Czy mogłem pozwolić sobie na to, aby w nią uwierzyć? A co, jeśli nie?

Przez cała noc walczyłem sam ze sobą. Próbowałem zgasić płomyk nadziei, to sam go znowu rozniecałem. Nad ranem zdecydowałem, że muszę coś zrobić. Lepiej spróbować i się zawieść, niż zmarnować taką okazję. Potrzebowałem tylko planu.

Uknucie intrygi zajęło mi niewiele czasu. Jak już mówiłem, jest bystrzejszy od przeciętnego pająka. Prawda jest taka, że biję je na głowę, ponieważ one działają pod wpływem instynktów, a ja myślę. I jestem w tym dobry. W świecie zwierząt nie istnieje możliwość dogadania się i współpracy. Z racji moich rozmiarów nie mogłem sam zwrócić uwagi Mateusza, dlatego musiałem wykorzystać do tego kogoś innego. Taka pomoc musiała zostać mi udzielona bezwiednie, najlepiej przez kogoś znacznie większego, silniejszego i cięższego ode mnie. Kiedy już zorientowałem się, jak to zrobić, czarny tłuścioch wziął mnie na swój celownik. Jak wiecie, rozprawa z nim była dla mnie ogromnie stresująca i wyczerpująca, ale wyszedłem z niej zwycięsko. Kiedy tylko wróciłem do siebie i ochłonąłem, postanowiłem wprowadzić w życie mój plan. Następnego dnia opuściłem pajęczynę, zjechałem na dół i zaczaiłem się przy listwie podłogowej, tam którędy myszy chadzają do rur kanalizacyjnych z których biorą wodę pitną.

W szparze między deskami zaczekałem, aż stare mnie miną i zaatakowałem najmniejsze z młodych. Mój jad nie jest w stanie zagrozić im w najmniejszym stopniu, ale powoduje ból i swędzenie. To wystarczyło. Młody samczyk rzucił się za mną, kłapiąc szczęką i próbując mnie zjeść. Nie będę owijał w bawełnę, dwa razy prawie mu się udało i tylko szczęściu zawdzięczam to, że nie straciłem żadnego z odnóży, odwłoka czy życia. W pewnym momencie po prostu uciekałem, gnany panicznym, ba, instynktownym, strachem. tutaj znów dopisał mi fart i wbiegłem na półkę, na którą chciałem wprowadzić gryzonia. Wtedy coś w mojej głowie zadziałało i poprowadziłem mysz tak, że strąciła pewien zeszyt. Dałem nura w dół, potem po ścianie pobiegłem do góry, nie oglądając się za siebie. Resztę nocy siedziałem w pajęczynie dygocząc z przerażenia i zmęczenia. Dopiero nad ranem zjadłem resztki muchy, jakie zostały w mojej sieci i wcisnąwszy się w kąt, zasnąłem. Jak to dobrze, że pająki nie mają snów.

Następnych kilka dni spędziłem robiąc to, co robi każdy porządny pająk: chwytałem w sieci, zabijałem i jadłem. I czekałem. Czas upływał, a Mateusz nie wracał. Najpierw byłem cierpliwy, potem zaniepokojony, aż wreszcie ogarnęła mnie wściekłość, która ustąpiła miejsca zniechęceniu, apatii i rozpaczy. Czyżbym się pomylił? Nie wróci? Wszystko na nic. Spoglądałem z mojego rogu na leżący na podłodze zeszyt i chciałem wyć z żałości. Kiedy utraciłem cała nadzieje, drzwi otworzyły się ponownie. Mój wybawca powrócił.

Tak jak mogę polegać na zwierzęcych instynktach, tak jest kilka ludzkich cech, które zawsze da się wykorzystać. Jedną z nich jest ciekawość. Chłopak podniósł zeszyt i zaczął przeglądać kartki. Zaintrygowany przejrzał go do ostatniej zapisanej strony, a potem rozejrzał się dookoła i przysiadł na przyobleczonym w całun krześle. Siedziałem w mojej sieci, wpatrując się w chłopaka i czekając z nerwami napiętymi jak postronki. Czytał, oglądał diagramy, wracał do poprzednich akapitów. Zainteresował się. Na koniec wstał i podszedł do Aparatusa. Zamarłem w bezruchu, obserwując jak chwyta za narzutę i ściąga ją w dół. Spod poszarzałego materiału wyłoniła się metalowa konstrukcja, przypominająca dwie wysokie, obłe lodówki, złączone do ze sobą tylnymi ścianami. Ręka Mateusza spoczęła na jednej z klamek. Nacisnął ją i ustąpiła ze szczękiem. kiedy drzwiczki otworzyły się z plasknięciem rozklejanej gumy uszczelek, ukazało się białe, plastikowe wnętrze. Było takie, jakim je zapamiętałem.

Mateusz mnie nie zawiódł: połknął haczyk. Przez resztę lata przychodził i majstrował przy Aparatusie, urządzeniach kontrolnych i czytał notatnik. Kiedy pojął, które manetki kontrolują przepływ mocy, które przetaczniki odpowiadają za pracę przetwornic, gdzie się znajdują tranzystory i które lampy trzeba wymienić, w jego głowie powstała myśl, na którą liczyłem. Chłopak postanowił włączyć urządzenie. Jak się mogłem spodziewać, po podłączeniu kabli do gniazdka, nic nie zadziałało. Nie byłem tym ani zawiedziony, ani zaskoczony. Mateusz chyba też nie. Zdawał sobie pewnie sprawę, że w domu nie ma prądu. Był jednak bystrym chłopakiem i po dwóch tygodniach uruchomił agregat prądotwórczy. Kiedy włączył lampę, usmażył pajęczynę utkaną w kloszu oraz jej właściciela. Cieszyłem się jak dziecko, bowiem kilka razy walczyliśmy ze sobą.

Tego wieczora do niczego nie doszło. Mateusz wrócił do domu. Wrócił następnego, deszczowego, jesiennego, kiedy deszcz zacinał o szyby, gałęzie drzew szorowały o ściany i smagały dachówki. Na dworze było już chłodno, mokro i nieprzyjemnie. Porzuciłem mój róg i opuściłem się na nici. Nie spuszczałem wzroku z chłopaka, który krzątał się przy machnie, szykując ją do włączenia. Obserwowałem jak za pomocą różnych pokręteł i przełączników ustawia poziom transferu energii, sprawdza na zegarach napięcie i natężenie prądu, a potem otwiera przepustnicę. Podszedł do lewej komory Aparatusa i nacisnął klamkę, otwierając jej drzwi. Wrócił do panelu kontrolnego, wcisnął przycisk aktywujący i nastawił wyzwalacz. Półtorej minuty. Miałem półtorej minuty.

Rozbujałem się na nici i skoczyłem. Bożę, całe moje życie zależało od tego skoku! Wylądowałem na płótnie i ruszyłem pędem. My pająki potrafimy szybko biegać, więc dopadłem do dziury wygryzionej przez mole i wskoczyłem do wewnątrz. Moje odnóża zabuksowały na śliskiej powierzchni i zjechałem w dół, ale w ostatniej chwili zdążyłem się zatrzymać. skoczyłem do góry,  desperacko przebierając kończynami pobiegłem ku górze. Guma ma to do siebie, że parcieje. Ta była dobra i wytrzymałaby jeszcze wiele lat, ale odkształciła się w jednym miejscu. To był cholernie mały otwór, którego praktycznie nie sposób było zauważyć gołym okiem. Ja go znalazłem po kilku dniach poszukiwań. Ile zeszło na tym temu cholernemu pająkowi, nie wiem. Wciskałem się w otwór, najpierw głowa, potem odwłok, odnóża na końcu. Wierciłem się i pchałem, czując jak przez machinę przechodzą wibracje. Kiedy udało mi się dostać do środka, spadłem w dół. Impet uderzenia przeszył mnie bólem. Instynktownie podkurczyłem nogi i znieruchomiałem. dookoła mnie wszystko drżało, wirowało i buczało. Potem poczułem zapach błyskawicy, ozonu, zrobiło się jasno, bardzo jasno i skuliłem się w sobie. był jeszcze błysk i zapadła ciemność...

Profesor był dobrym człowiekiem. Taki miły starszy facet o siwych, zmierzwionych włosach, w białym fartuchu, marynarce i muszce i z okularami w rogowej oprawie. Profesor był geniuszem. Szkoda, że mnie brakowało jego wytrwałości, dokładności i skrupulatności. On nie popełniłby takiego błędu. Obydwaj pracowaliśmy nad Aparatusem, cudowną maszyną pozwlajaacą na teleportację cząsteczek. Zbudowaliśmy go na poddaszu, ale Profesor nie chciał go przetestoać, obawiajac się pewnych komplikacji. Ja postanowiłem zrobić to na własną rękę. Testy na królikach wypadły pomyślnie: zamknięte zwierzę z komory "A", znikało pod wpływem przepływu energii i pojawiało się w zamkniętej komorze "B". Cud! Kolejny wielki krok ludzkości. Wystarczyło tylko zbudować urzadzenie, potrafiące przenieść obiekt na większe odległości. Jedyny test, jaki trzeba było wykonać, to próbna teleportacja człowieka. Ale Profesor chciał zaczekać, przeprowadzić dodatkowe obliczenia, upewnić się, że cała procedura jest bezpieczna. Posprzeczaliśmy się o to. Nie jakoś strasznie, ale padło kilka gorzkich słów. Tego samego, jesiennego wieczora, zakradłem się do laboratorium, wprowadziłemprzy pomocy zegarów, pokręteł, przełączników i manetek wszystkie dane potrzebne do teleportacj i wszdem do komory "A". Nie sprawdziłem komory "B". Zawsze mnie śmieszyło, kiedy Profesor ostroznie do niej zaglądał i badał, czy nie zgnieździły się w niej jakieś owady, gryzonie czy insekty. Na moje nieszczęśćie przez nieiwelką szczelinę w gumowej uszczelce wlazł tam pająk.
Co się stało później, mogę domniemywać. Z koory "A" wyciągnęłi syczącego, plującego szaleńca, który nie potrafił powiezieć an słowa, robił pod siebie i krył się w kątach. Ja wyszedłem z komory "B" po kilku dniach. Nigdy więcej nie zobaczyłem profesora, ale ludzie porządkujący laoratorium i naktywający sprzęty płachtami materiału mówili, że załamał się, podupadł na zdrowiu i zamrniał.

Za oknem wiał silny wiatr. Deszcz siekł o szyby, a gałęzie drzew uderzały o nie, targane wichrem. Jesień podkradła się niespostrzeżonym, kocim krokiem. Dni stawały się coraz krótsze, a noce ciemniejsze.

Na poddaszu panował spokój i cisza. Powietrze było suche, ciepłe i pachniało drewnem. Wytczyłem się zkomory "A", przerwóciłę o jej próg i upadłem na podłogę. Bardzo długo nie byłem w stanie wtać, ani przyzwyczaić się do widoku z ludzkich oczu. Śniłem, a kiedy już się budziłem chichtałem i płakałem ze szczęcia. Nad renm wstałem z podłogi i się ubrałem. Moje wspomnienia i wspomnienia pozostałe w głowie Mateusza układały się powoli. Bedę musiał działać ostrożnie, rozważnie, ale to nic trudnego. Jestem przcież inteligentniejszy od zwykłego pająka.

Kiedy skończyłem się ubierać, wyłączyłem aparaturę i odłozyłem mój notes na półkę. Podszedłem do komory "B" i nacisnąłem klamkę.Uchyliłem metalowe drzwiczki i zajrzałem do środka. Na jej dnie miota się wsciekle niewieloki pająk Biegał to w jedną to w drugą stronę, kręcił się dookoła i szalał jak opętany. Wypuścięłm go, narzucłem płachtę na Aparatus i wyszedłem, zamykając za sobą cięzkie, skrzypiące drzwi. Pobiegłem ciemnym korytarzem, zszedłem z trzeciego pięta na parter i wyszedłem przez podwójne, dębowe drzwi. Na zewnątrz padało. Pogwzidująć wesoło, ruszyłem przez ogród do bramy.


Warszawa, 23-08-2008