"Ten mniejszy"
Za oknem wiał silny wiatr. Deszcz siekł o szyby, a gałęzie drzew uderzały o nie, targane wichrem. Jesień podkradła się niespostrzeżonym, kocim krokiem. Dni stawały się coraz krótsze, a noce ciemniejsze.

Na poddaszu panował spokój i cisza. Powietrze było suche, ciepłe i pachniało drewnem. od przewodu kominowego biło gorąco. W półmroku laboratorium wyglądało jak uśpione, czekając na przybycie swego mistrza. Pył i kurz osiadł na aparaturze, a w rogach pokoju zwieszały się pajęczyny. Na te szczególnie zwracałem uwagę.

Ostatnie kilka dni spędziłem w rogu. Syty i bezpieczny, obserwowałem pomieszczenie, wyglądając ofiary lub jakiegoś zagrożenia. Musicie wiedzieć, że choć nie jestem zbyt duży, to nie brak mi inteligencji i przebiegłości. Nadrabiam nią braki postury. Trzeba sobie jakoś radzić w życiu.

Kiedyś, pewnie tak w lecie, szczególnie unikałem okien. Tam uplótł swoją pajęczynę wielki, tłusty, włochaty i złośliwy pająk. Był naprawdę przerażający: miał czerwone, błyszczące ślepia, paszczę z której wystawały całe kępy ostrych zębisk, a jego pajęczyna była lepka, mocna i wytrzymała. Przewyższał mnie pod każdym względem, oprócz inteligencji. Mało które stworzenie mogło się ze mną równać pod względem intelektu. Ale to nie dziwne.

Kiedy dni były szczególnie długie i kryłem się przed słońcem w moim rogu, zauważyłem, że tamten powolutku sunie w moją stronę. Najwidoczniej zrobiło mu się za gorąco na oknie, albo słońce za bardzo prażyło przez szybę. Noc za nocą, parł w kierunku mojego rogu. Najpierw skrył się za starym monitorem, potem zauważyłem go jak obserwuje mnie zza starych butelek, piętrzących się na podłodze, obok kaloryfera. Kiedy zagnieździł się za starą lodówką i przekonałem się, że nie zamierza tam zamieszkać, poważnie się zdenerwowałem. Czarny tłuścioch upatrzył sobie mój róg, ale chyba nie zamierzał na tym poprzestać. W jego mniemaniu, w laboratorium było miejsce tylko dla jednego pająka.

Bezpośredni atak nie miał najmniejszego sensu. Zanim dostałbym się w jego pobliże, mógłby mnie opleść siecią lub zabić ciosem jednego z odnóży. Moje były krótsze, więc nawet bym go nie zadrapał. Walka na jego warunkach byłaby głupotą. A ja nie byłem głupi. Jeśli miałem przeżyć tę konfrontację, to musiałem wykazać się sprytem.

Następnego dnia w moją sieć złapał się motyl. Walczył i rzucał się w splotach, lecz zamiast uciec z ich lepkich objęć, coraz bardziej się w nie zaplątywał. Czekałem spokojnie, obserwując jak próbuje uciec, jak miota się i szarpie, a potem traci nadzieję i popada w marazm,a  potem umiera. Kiedy jego ciało wyblakło, a oczy zaszły mgłą, odciąłem go od sieci i przeniosłem w pobliże kaloryfera.

Różnica pomiędzy mną, a czarnym polegała na tym, że potrafię przezwyciężyć moje instynkty. Inaczej, potrafię otrząsnąć się z ich władzy, zmusić do działania pod wpływem logiki i rozumu, nie słuchając naturalnych reakcji, wbudowanych w głowę pająka. Między innymi nie boję się słońca, potrafię wyjść w dzień i nie uciekam przed byle ruchem powietrza.

Zaniosłem truchło motyla i zaryzykowałem skok na jego metalowe żebra. Musicie wiedzieć, że wymagało to ode mnie wiele odwagi, bo tłuścioch mógł się obudzić, poczuwszy padlinę, a potem mnie zaatakować. On na szczęście bał się słońca i nie wychynął z ciemnicy za sworzniem. Kilka zręcznie zaplecionych nici sprawiło, że motyli trup zawisł tuż przed miejsce, w którym powinien znaleźć się tłuścioch, kiedy opuści swoją dzienną kryjówkę. Wykonawszy pierwszą część planu, wróciłem do swojego rogu.

Zapadł zmierzch. Wysokie, sięgające od sufitu do podłogi okna naszego świata wychodziły na zachód, wiec drewniane podłogi tonęły w złotawym świetle. Stojące w nieładzie sprzęty rzucały długie cienie na ściany i sprzęt laboratoryjny. To była magiczna godzina. Wszystkie stworzenia nocy budziły się do życia, ale trwały jeszcze w bezruchu, czekając na ciemności, żeby wychynąć z kryjówek.

kiedy zapadł wreszcie zmrok, tłuścioch od razu wypełzł z legowiska. Zza kaloryfera wyłoniły się najpierw czarne, pokryte szczecina odnóża, a potem reszta obłego, połyskującego cielska. Czerwone ślepia skierowały się od razu w stronę mojego rogu. Zadrżałem, czując na sobie mordercze spojrzenie, wiedząc, że jeśli mój plan zawiedzie, to niechybnie zginę. Pająk ruszył w kierunku ściany, aby kontynuować powolny marsz w moją stronę, ale zawahał się. W duchu pozwoliłem sobie na tryumfalny uśmiech. Na instynktach zawsze można było polegać. Zwłaszcza cudzych.

Pająk ruszył w stronę motyla. Zatrzymał się o krok od niego, podejrzliwie obwąchał trupa i po chwili zaczął przegryzać kokon z sieci. Kiedy zatopił kły w ciele ofiary, odetchnąłem  z ulgą. Wygrałem.

Czarny pożarł motyla w zatrważającym tempie. Jego szczęki cięły i mieliły ciało. Jad paraliżował martwą ofiarę i rozkładał mięso, ułatwiając jego przyswojenie. Gdybym dostał się pomiędzy te zębiska, nie miałbym najmniejszych szans. Zginałbym niechybnie, nie uratowałaby mnie inteligencja, ani zdolność analitycznego myślenia.

Kiedy resztki skrzydeł znikły w przepastnym gardle pająka, ten zawrócił i powolnym krokiem wrócił do swego tymczasowego legowiska. Najedzony i senny, zapomniał o marszu do mojego rogu i postanowił udać się na spoczynek. Na tę chwilę czekałem. Ze strachem w sercu podkradłem się do kaloryfera. Przepełniony obawą zajrzałem w głąb tunelu, jakim był profil, na którym go zawieszono. Gdzieś w jego głębi drzemał potwór. Dałem mu jeszcze trochę czasu na zapadniecie w sen, a potem zebrałem się w sobie i ruszyłem w dół. Nie wiem, jak długo skradałem się przez tunel, ale w końcu go zobaczyłem. Podkurczył odnóża i drzemał, syty, zadowolony lecz nadal przerażający. Jego ślepia pobłyskiwały sennym, przygaszonym blaskiem. Ich czerwień nadal mnie przerażała. Zamarłem. Owładnął mnie strach. A co, jeśli mnie podpuścił, pomyślałem. A jeśli nie był taki głupi, na jakiego wyglądał? Może przejrzał moją grę i zwabił mnie w moja własna pułapkę? Za późno na wahanie! Skoczyłem do przodu i wbiłem kły w jego ślepie. Strzyknąłem jadem, wtłaczając cała jego dawkę, po czym ruciłem się do ucieczki.

Musicie wiedzieć, że choć jestem niewielki, to mój jad jest bardzo mocny. U człowieka wywoływałby ledwie swędzenie, ale w przypadku małych stworzeń (tak, wiem co mówię, małych), ma piorunujące działanie. Paraliżował i palił żywym ogniem, ale co najważniejsze, działał bardzo długo. Jako że jestem mały, to mój metabolizm jest bardzo szybki, to kiedy jestem najedzony, odtwarzam jego zapasy w wyjątkowo szybkim tempie. Wiecie już co to oznacza? Tak, kiedy tłuścioch będzie się wił w konwulsjach, będe w stanie zaatakować jezcze raz i w końcu go zabiję.

Wycofałem się i odczekałem. Moje torebki jadowe napęczniały, więc kiedy nadeszła północ, a przez wysokie okna zobaczyłem księżyc, ponownie zszedłem w dół. Wielki pająk dygotał, a jego odnóża drżały w niekontrolowany sposób. Spojrzał na mnie z nienawiścią i strachem, wiedząc, co zamierzam. Ukąsiłem go jeszcze raz.

Tej nocy schodziłem w głąb tunelu jeszcze dwa razy. Tłuścioch nie błagał o litość, nie oczekiwał jej, bo sam by mi jej nie okazał.

Kiedy wróciłem do swojego rogu, byłem już innym pająkiem. Pokonałem największego i najbardziej przerażającego mordercę w laboratorium. Nikt nie śmiał wejść mi w drogę. Mogłem spokojnie realizować mój plan...