Dom w widokiem na gwiazdy





Adam przebudził się nagle, mając wrażenie, że ktoś jest w pokoju. Przez chwilę leżał nieruchomo, nasłuchując. Serce waliło mu jak młotem, a strach przed nieznajomym ściskał za gardło. Po chwili odważył się rozchylić powieki. Sypialnia była ciemna, i cicha. Adam bardziej wyczuwał, wiedział, gdzie znajduje się stół, krzesło i szafka, niż był w stanie je dostrzec.

Skoro wzrok go zawiódł, postanowił odwołać się do słuchu. Zaczerpnął tchu i zaczął nasłuchiwać, ale nic nie zakłócało szumu wentylatora. Gdzieś zza ściany dochodził rytmiczny stukot maszynerii, skrzypienie mechanizmów i plusk wody w rurach. Była to zwyczajna pieśń domu, niezmienna i monotonna.

Teraz, kiedy rozbudził się wypatrując i nasłuchując zagrożenia, otrząsnął się z resztek snu i zaczął logicznie myśleć. Ludzkie nawyki… Tak trudno je wykorzenić, zwłaszcza, kiedy rozum śpi. Gdyby w sypialni czyhał na niego morderca albo nawet obcy, Adam przywitałby go śmiechem.

Sięgnął ręką do włącznika i pokój zalało zimne światło jarzeniówki. Adam wysunął się spod koca i postawił stopy na zimnej metalowej podłodze. Siedział tak przez chwilę, czując jak pod powiekami zbierają się łzy. Przez chwilę był pewien, że ktoś rzeczywiście jest w pokoju, obserwując go z ciemnego kąta. Przez krótki moment żył nadzieją, strachem i niepewnością, które okazały się tylko fatamorganą wyobraźni. Teraz, zaznawszy na chwilę emocji, musiał wrócić do piekła sterylności i stagnacji.

Ruszył do łazienki, gdzie odprawił codzienny rytuał szczotkowania zębów, kąpieli i golenia. Kiedy patrzył w lustro, jego wzrok przemykał po regularnych rysach twarzy, ciemnych oczach i gęstej, brązowej czuprynie. Włosy opadał na oczy i ramiona, splątanymi, nierównymi kosmykami. Adam strzygł się raz na jakiś czas, a potem pozwalał im odrosnąć, aż przychodził czas na kolejne postrzyżyny.

Mesa była pusta. Adam wyjął z kuchenki mikrofalowej tackę, na której skwierczała jajecznica. Zaniósł ją na swoje miejsce. Siadywał tam, tuż obok rogu stołu, odkąd pamiętał. Kiedyś, chyba trzy lata temu, ale trudno to było dokładnie stwierdzić, usiadł na miejscu Starego Dana. Przez chwilę zdawało mu się, że świat został przenicowany, więc szybko wstał i wrócił na swoje miejsce. Jadalnia już nigdy wcześniej nie była taka sama.

To był jeden z dwóch przypadków, kiedy zajął nieswoje miejsce. Trochę wcześniej spróbował zająć kabinę kapitana, ale po jednej nocy spędzonej na niewygodnym łóżku, pośród obcych mebli i nieznanych hałasów, dochodzących z maszynowni, wrócił do swojej kajuty.

Spoglądając ze swego miejsca na rogu stołu przypomniał sobie, jak stary Dan powiedział kiedyś: „Uważaj gdzie siadasz chłopcze. Przez to miejsce zostaniesz starą panną!”. Wszyscy zachichotali, ktoś potargał go po czuprynie, a matka ucałowała w czoło. Adam uśmiechnął się i chciał odpowiedzieć, że nie może zostać starą panną, ale starym kawalerem, jednak zabrakło mu odwagi.

Jajecznica smakowała tak samo, jak wczorajszy obiad, kolacja sprzed tygodnia i każda potrawa, jaką jadł w ciągu ostatnich kilku lat. W zasadzie, była to kupa sztucznie wytwarzanego jedzenia, doprawiona syntetycznymi aromatami i smakami, ukształtowana na podobieństwo jajecznicy. Ostatecznie, skąd miał wziąć jajka, jeśli w okolicy nie było kur?

Półtora roku temu Adam stanął w obliczu zagłady, kiedy maszyna wytwarzająca żywność się zepsuła. Teoretycznie nie powinna była ulec awarii, jednak pracowała dłużej, niż przewidzieli to jej konstruktorzy. Znacznie dłużej…

Uzbrojony w podręcznik mechaniki, tablice, prospekty i wspierany przez łączność z komputerem, otworzył jej trzewia i jak pierwsi średniowieczni medycy, przeprowadził operację, modląc się gorąco w duchu, aby pacjent ozdrowiał. Zabieg trwał siedem godzin, podczas których Adam to popadał w czarną rozpacz, to w euforię. Nadzieja tliła się w jego sercu i zagasała, a jedynie żelazna determinacja nie pozwoliła poddać się i z płaczem paść na podłogę. Jakiś głos w jego głowie cały czas przypominał, że porażka oznaczała powolną śmierć z głodu. W ósmej godzinie, maszyna zamrugała lampkami, przeprowadziła test swoich mechanizmów i podała mu kawę. To była najsmaczniejsza kawa w jego życiu.

Awaria maszyny wytwarzającej jedzenie uświadomiła Adamowi, jakie od tej pory ciążą na nim obowiązki. Z mieszkańca domu, musiał stać się jego strażnikiem i opiekunem. Panem.

Adam zaczął od obchodów domu i prostego sprawdzenia, czy lampka kontrolna danego urządzenia pali się na zielono, żółto, czy czerwono. To był początek, który pozwalał spokojnie położyć się spać. Kiedy pierwsza maszyna zawiodła, zrodził się w nim jakiś strach, że niebawem kolejne zaczną się psuć i nagle wszystko się zawali. Pierwsze inspekcje wypadły pomyślnie, tylko jeden generatorów prądu zaczął się psuć, na szczęście pozostałych dziewiętnaście działało. Adam odłączył wadliwą jednostkę i wrócił do komputera, przed monitorem którego spędził dwa następne dni ucząc się o działaniu, konserwacji i naprawie agregatów. Przyswoiwszy sobie tę wiedze, udał się do przedziału technicznego, skąd wydobył skrzynkę narzędziową i przyrządy Christiana, poczym uda się z nimi do wadliwego generatora.

Wchodząc do pracowni technicznej czuł się jakby złamał odwieczne tabu. Było tak, jak tego dnia, kiedy usiadł na nieswoim miejscu w mesie. Stacja się zmieniła, patrzył na nią innymi oczyma.

Naprawa generatora okazała się z jednej strony dziecinnie prosta, a z drugiej kolosalnie problematyczna. Tak naprawdę zawiódł jeden z wirników i należało go wymienić na nowy. Adam wrócił do przedziału technicznego i zaczął szukać część zamiennych. Żaden z wirników nie był w pełni sprawny i dopiero połączywszy elementy trzech w jedną całość, Adam mógł dokończyć naprawy. Wtedy uświadomił sobie, że niezależnie jak pieczołowicie będzie dbał o maszyny, kiedyś i tak się zepsują, a on będzie mógł jedynie bezsilnie czekać na skutki ich awarii. Zdał sobie wtedy sprawę z własnej śmiertelności.

Dom i Adam stanowili jedność. Żadne z nich nie mogło egzystować bez drugiego.

Dzisiejszy obchód nie przyniósł żadnych alarmów, oprócz jednego, który pojawił się dwa tygodnie temu, ale Adam uporczywie go ignorował. W obserwatorium nastąpiło przebicie powłoki uszczelniającej wrota teleskopu, skutkiem czego zostało wyssane powietrze, a komputer odciął dostęp do pomieszczeń laboratoryjnych.

Adam nie chciał tam iść. Robota była prosta: wystarczyło zerwać starą gumę, rozprowadzić po stali piankę gruntową i nałożyć nową warstwę, potem wszystko dopasować i zostawić na dwanaście godzin, aby się scaliło. Praca nie była problemem, a raczej miejsce jej wykonania. Obserwatorium. Adam, jeszcze jako dziecko, bywał w nim wielokrotnie i z zachwytem spoglądał na gwiazdy przez szkło teleskopu. Dla niego drzwi astrolabium zawsze stały otworem. Ilekroć przychodził witano go z uśmiechami, brano na ręce, całowano i głaskano, czuł się w nim jak w domu. Był przecież ukochanym synem swego ojca.

System kontrolny stacji poinformował go chłodnym, rzeczowym tonem, że naprawę poszycia należy przeprowadzić jak najszybciej, ponieważ długotrwałe wystawienie na próżnię zagraża poprawnemu działaniu instrumentów. Bez nich nie będzie w stanie nawiązać łączności z przelatującymi statkami, przeprowadzać badań i składać raportów. Działanie instrumentów badawczych było kluczowe dla funkcjonowania stacji naukowej, takiej jak ta. Działania należało podjąć natychmiast, póki nie jest za późno.

Adam patrzył przez chwilę na ekran komputera, chłonąc ponurą ironię, płynącą z komunikatu. „Składać raportów”. „Komunikować się z przelatującymi statkami”. Programiści, którzy zakodowali tę instrukcję, nie mogli nawet podejrzewać, jak okrutnym będzie żartem dla człowieka, któremu przyjdzie ją przeczytać.


Adam dopinał właśnie hełm do skafandra, kiedy zdał sobie sprawę, co tak naprawdę za chwilę się stanie. Dom był czymś tak oczywistym, że stał się jego wszechświatem. Cały kosmos, niebo, piekło, ziemia, skurczyły się do granic domu. Zamiast lasów przemierzał ogrody, wspinał się na szczyty maszyn, przemierzał doliny kanałów inspekcyjnych i pokonywał granie śluz pomiędzy przedziałami. Dom tak dalece zawładnął jego myślami, wyobraźnią i perspektywą, że Adam zapomniał o istnieniu czegokolwiek poza jego granicami. Zapomniał o gwiazdach, odległym słońcu, niezbadanych przestrzeniach, które rozciągały się poza metalową kopułą stacji. Życie podążało utartymi, niezmiennymi ścieżkami, nie pozwalając na zmiany. Aby uwięzić człowieka nie trzeba krat, wystarczy wprząc go w monotonię codzienności.

Trzask zapinanego zamka był niczym szczęk otwierającej się bramy. Agregat zaczął tłoczyć powietrze do wnętrza hełmu i Adam ruszył przed siebie. Podszedł do tablicy kontrolnej i nacisnął duży klawisz, który uruchamiał procedurę opuszczenia śluzy. Jedne wrota zamknęły się, mechanizm wyrównał ciśnienie i zewnętrzne drzwi rozwarły się na oścież.

Adam stał oniemiały. U wylotu krótkiego tunelu ujrzał cały wszechświat. Nieboskłon był doskonale czarny. Jego mrok rozświetlały migoczące, jasne punkciki, świecące lodowato zimnym światłem. W żadnym wypadku nie mogłyby posłużyć za źródło iluminacji, były zbyt odległe i obojętne. Gwiazdy. Niegdyś ludzie szukali u nich rady i natchnienia. Ich mianem nazywali najlepszych spośród siebie. Gwiazdy spoglądały na Adama obojętnie, jakby nie zauważały jego istnienia.

U wylotu tunelu zaczynała się wąska, metalowa ścieżka. Jej środek był karbowany, a krawędzie stanowiły dwie szyny. Kiedyś, kiedy na stacji było więcej ludzi, kursował po niej wagonik, dowożący pasażerów i sprzęt do astrolabium, które znajdowało się około pięciu mil dalej. Tor prowadził na szczyt niezbyt wysokiego wzgórza, gdzie umieszczono teleskopy, urządzenia komunikacyjne i zasilające je ogniwa słoneczne. Dzięki takiemu położeniu, w badaniach nie przeszkadzały zakłócenia generowane przez stację i jej światła. Adam ruszył powoli przed siebie, a buty magnetyczne szczękiem obwieszczały każdy krok.

Po czterdziestu minutach stanął przed wejściem do astrolabium. Budynek miał kształt półkuli, przez środek której biegła szczelina obserwacyjna. Obecnie była zasłonięta, jednak to dzięki niej teleskop mógł spoglądać ku gwiazdom. Właśnie jej defekt sprowadził Adama w to miejsce.

Wpisawszy kod dostępu, otworzył drzwi i wszedł do wnętrza. Pomieszczenia były ciche, ciemne i pokryte warstwą lodu. Dawno już wyłączono w nich system podtrzymywania życia, ostatecznie obserwatorium zaprzestało pracy dziewięć lat temu. Adam pamiętał ten dzień tak wyraźnie, jakby minęło kilka tygodni, a nie połowa jego życia. To właśnie z powodu tych wspomnień ignorował komunika, ostrzegający o rozszczelnieniu powłoki.

Naprawa i załatanie dziury zajęły Adamowi dwie godziny. Pracował jak automat, wykonując wszystkie niezbędne czynności, sprawdzając wytrzymałość materiałów i solidność swojej pracy. Jego ruchy były sprawne i pewne, w przeciwieństwie do myśli, które uporczywie wracały do tamtego dnia, dziewięć lat temu…


Rodzice byli spięci. Dziecko potrafi wyuczyć, kiedy ojciec i matka ukrywają coś przed nim. Być może natura wyposażyła je w pozazmysłowy narząd, dzięki któremu jest w stanie rozpoznać symptomy nadchodzącej burzy, która może zagrozić jego bezpieczeństwu. A może po prostu dosłyszał przyciszone głosy, pełną emocji kłótnię i błagania matki. Może widział to coś w oczach innych kobiet?

Przez kilka dni, kiedy zasypiał w swoim łóżku, Adam słyszał jak rozmawiają w drugim pokoju. Ojciec mówił spokojnie, rzeczowo i cicho, matka przerywała mu gwałtownymi wybuchami, to przekonywała, to groziła, a potem prosiła. Ojciec pozostawał nieugięty i cały czas odpowiadał jej rzeczowym, chłodnym tonem.

Potem przestali się odzywać. Coś złego musiało się między nimi stać. Adam wyczuwał to po sposobie, w jaki matka głaskała go po głowie, a ojciec czytał bajki na dobranoc. Zupełnie, jakby próbowali go za coś przeprosić i wynagrodzić krzywdę, która miała dopiero nadejść.

Zaczęło się od tego, że ojciec nie pojechał do obserwatorium, a zamiast tego założył skafander próżniowy i przez cały dzień pracował na lądowisku. Pomagali mu Christian, Stary Dan, Matthias i Lucas. Stary Dan (nazywany tak dlatego, że był zupełnie siwy, choć był młodszy od Lucasa) jak nikt inny znał się na urządzeniach elektronicznych, ich naprawie i ulepszaniu. Zawsze śmiał się, że woli je naprawiać, niż składać do kupy ludzi, co było jego zawodem. Pod jego pieczą znajdowały się wszystkie komputery stacji i obserwatorium. Christian był technikiem, nadzorującym pracę urządzeń mechanicznych, Matthias podobno uratował ich wszystkich, pilotując statek, który choć nie był przeznaczony do dalekich podróży międzygwiezdnych, to dowiózł ich bezpiecznie do Domu, a pomagał mu w tym Lucas, który jako jedyny rozumiał działanie napędu skokowego.

Prace na lądowisku trwały sześć dni. Pod koniec tego ostatniego, matka jeszcze raz próbowała przekonać ojca. Rozmowa miała identyczny przebiegi, jak pozostałe. Adam leżał w łóżku i nasłuchiwał spokojnego głosu ojca i pełnych emocji, rozedrganych szeptów matki. I wtedy stało się coś, co jeszcze nigdy nie miało miejsca: matka się rozpłakała. Jej głośny szloch był niczym smagnięcie paskiem. Zawodzenie łkanie rozrywały serce Adama, który nie wiele myśląc, wyskoczył spod kocyka i pobiegł do pokoju rodziców.

Matka i ojciec stali wtuleni w siebie. Adam nie widział jej twarzy, bowiem skryła w ramionach ojca, który delikatnie gładził ją po włosach, szeptał coś uspokajająco do ucha i tuli mocno.

- Błagam, nie rób tego – szeptała, pomiędzy jednym spazmem, a drugim. – Nie musisz… Nie musisz…

Adam podbiegł do niej i przywarł do nóg. Z oczu popłynęły mu łzy i zaczął krzyczeć:

- Mamo! Mamo! Nie płacz, proszę! Proszę! Mamo!

Następnego dnia, kiedy obudził go terkot budzika, ojciec przyszedł do jego pokoju, usiadł na krześle obok łóżka i pogłaskał po czuprynie.

- Jesteś bardzo dzielnym, synku – powiedział. – Chcę, abyś pomagał mamie, kiedy mnie nie będzie.

- Wyjeżdżasz? – szepnął Adam.

- Tak. Nie będzie mnie przez kilka miesięcy. Ja, Matthias i Lucas musimy polecieć na Ziemię i sprawdzić, co tam się dzieje.

- Na Ziemię?

- Tak, synku. Nie zawsze mieszkaliśmy tutaj.

- Czemu opuściliśmy tę Ziemię?

- Bo była wojna. Źli ludzie chcili nas pozabijać i musieliśmy uciekać.

- Dlaczego chcieli nas pozabijać? – spytał Adam, którego nagle oarnął strach, że ci źli ludzie przylecą i zrobią im krzywdę kiedy ojca nie będzie.

- Nie lubi li nas.

- Za co? Byliśmy dla nich niemili?

- Nie. Pewni ludzie, nie lubili innych i chwili ich pozabijać, nie troszcząc się o innych. Wybuchła wojna, całe miasta zostały spalone i groziło nam niebezpieczeństwo. Wtedy ja, Lucas i Matthias, zebraliśmy ludzi z Uniwersytetu, przygotowaliśmy statek i uciekliśmy nim… nim wszystko się spaliło.

- I czemu chcesz tam wracać? Na Ziemię?

- Bo minęło wiele lat, chyba już dziesięć i nie możemy mieszkać tutaj cały czas. Chcemy wrócić do domu i zobaczyć, czy można tam mieszkać.

- Tutaj jest nasz dom.

- Nie, nie jest, synku. Dlatego musimy tam wrócić. Chcę, abyś zobaczył morze i drzewa, abyś miał przyjaciół, żebyś… - głos ojca zadrżał. – Polecimy tam we trzech, zostaniesz tutaj z mamą, Christianem i Danem, zaczekacie na nasz powrót. Potem wszyscy wrócimy na Ziemię.

- Wrócisz?

- Tak.

- Przysięgasz, tato.

- Przysięgam, synku.

Następnego dnia załadowali zapasy na statek i rozpoczęli ładowanie generatorów. Wszyscy zjedli uroczystą kolację i pożegnali trójkę. Rankiem ojciec uściskał Adama i matkę, poczym wraz z Lucasem i Matthiasem wsiedli do statku. Przez pół godziny nic się nie działo, potem jego silniki rozbłysły najjaśniejszym światłem, jakie Adam widział w całym swoim życiu i wzbiwszy tumany rdzawego kurzu, metalowy kadłub uniósł się w górę. Minutę później znikł im z oczu i tylko przez chwilę widzieli jeszcze płomienie z dysz wylotowych.


Adam zakończył naprawę, sprawdził szczelność łaty i uruchomił system podtrzymywania życia. Odczekał dwie godziny, aż temperatura i zawartość tlenu w powietrzu pozwoliły na zdjęcie hełmu, poczym odczepił go i położył na biurku ojca. Na podłodze i blatach zebrały się kałuże wody z topniejącego lodu, w powietrzu unosił się zapach ozonu. Maszyneria szumiała cicho, a zimne światło zalewało pomieszczenie nieprzyjemnym blaskiem.

Rozglądając się dookoła, przesuwając wzrokiem po dziwnych urządzeniach, monitorach, klawiaturach terminali biurkach i metalowych krzesełkach. Już miał się podnieść i wyłączyć zasilanie, kiedy spojrzał na komputer główny. Pomimo tego, że system podtrzymywania życia i zasilanie były przez te wszystkie lata wyłączone, on działał nadal. Najprawdopodobniej, pracowałby nawet wtedy, gdyby zawiodły generatory Domu i zamarłby jako ostatnie urządzenie na stacji.

Wiedziony jakimś impulsem, Adam zaktywował urządzenie. Ekran zalśnił zielonym blaskiem. Przez cała jego szerokość i długość biegły ciągi znaków. Adam pochylił się i stwierdził, że wszystkie linie są takie same. Tekst by taki sam, zmieniały się tylko daty. Każda linia oznaczała dobowy raport, wykonywany o północy czasu ziemskiego. „Brak sygnału zwrotnego”, potem data i godzina. Adam nacisnął klawisz i przeskoczył o zawartość ekranu do góry. To samo. Cofnął się o jeszcze dwa, ale nie odkrył niczego nowego. Cofnął się o rok, ale jedyne co znalazł, to ten sam komunikat: „Brak sygnału zwrotnego”. Choć raz na dobę, przez cały rok stacja wołała w kierunku Ziemi, ta nie odpowiadała.

Adam sięgnął ku wyłącznikowi, ale cofnął dłoń. Było coś jeszcze, co chciał sprawdzić. Dziwny kaprys, przeczucie, ciekawość. Zaczął naciskać klawisz, cofając się w czasie, gdzie nikt nie odpowiadał na sygnał wywoławczy stacji. W końcu znalazł ów dzień.

Wszystkie systemy sprawne, kurs wprowadzony, inicjacja skoku. Bez odbioru”, tak brzmiała informacja wygenerowana przez komputer pokładowy statku. To była ostatnia wiadomość od ojca.


Adam wrócił do swojej kajuty. Rozebrał się, wziął prysznic i położył spać, sen nie jednak przychodził. Zamiast niego powracały wspomnienia.

Pierwszy był Christian. Któregoś dnia, dwa lata po odlocie ojca Adama, nie przyszedł na śniadanie. Matka poszła do jego kabiny i znalazła go leżącego w wannie. Obok niej walała się przewrócona butelka bimbru. Wszyscy wiedzieli, że Christian pędził go w maszynowni i z wolna popadał w stan alkoholowego stuporu. Z początku próbowali mu tłumaczyć, że marnuje życie, ale ani Dan, ani matka nie potrafili do niego przemówić. Po jednej z takich rozmów Dan przestał poruszać temat alkoholu. Coś w jego oczach mówiło, że zmienił stronę i choć nie pił bimbru, to w toczonych cichymi głosami rozmowach, brał stronę Christiana.

Kiedy matka go znalazła, jeszcze żył. Adam obserwował ich przez niedomknięte drzwi.

- Coś ty zrobił, Chris? – szepnęła ze zgrozą.

- Nie mogłem już dużej… to nieuchronne. Wszyscy tak skończymy, po co się katować?

- Ale co zna mi? – szepnęła.

- Nic… wszystko będzie działać… zadbałem o to…

- Chris!

Głowa Christiana opadła na krawędź wanny. Jego powieki zamknęły się, a na ustach pojawił się delikatny uśmieszek.

- Pójdę do lasu i upoluję królika… - wyszeptał, po czym umarł.

Christian podciął sobie żyły i wykrwawił się na śmierć. Dan i matka pochowali go opodal lądowiska, gdzie znajdował się dół, z którego czerpano kruszywo pod umocnienia fundamentów stacji.

Adam przeczuwał, co było przyczyną śmierci Christiana. Dostrzegł cień, który wisiał nad stacją. Z początku uważał, że smutek zapanował na niej kiedy odlecieli Lucas, Matthias i ojciec, ale zdał sobie sprawę, że był zawsze. Nikt się nie uśmiechał, każdy z mieszkańców Domu unikał spojrzeń innych i trzymał swoje myśli dla siebie.

Siedem miesięcy później zmarła matka. Któregoś dnia po prostu nie wstała z łóżka, mówiąc, że nie ma sił. Dan i Adam przytoczyli z oddziału medycznego jednostkę diagnostyczną, ale badanie nie przyniosło żadnych rezultatów. Matka była zdrowa, tylko z dnia na dzień słabła. Adam miał wrażenie, jakby po prostu znikała. Siedział przy niej i trzymał ją za rękę, a ona patrzyła w dal, jakby nie dostrzegała ścian i sufitów, a jej wzrok sięgał gdzieś indziej.

Spojrzała na niego tylko raz. W jej oczach dostrzegł najprawdziwszą, matczyną miłość i łzy.

- Przepraszam… - powiedziała i umarła.

Pochowali ją razem ze starym Danem obok Christiana. Wrócili na stację, upili się i popłakali. Przez cały czas żaden z nich nie odezwał się słowem i tylko raz Adam zapytał:

- Dlaczego? Dan, dlaczego?

Dan zaczął coś bełkotać, jak to robią pijacy. Mówił o radości i woli życia, o tym że ją też stracił i że są uwięzieni, bez nadziei na ratunek. Zaczął szlochać, wspominając wyprawy do knajp, zabawy w klubach i podróże do ciepłych krajów. Adam słuchał go, nie rozumiejąc, o czym tamten mówi.

Na koniec Dan wstał od stołu, zatoczył się i wykrzyczał:

- Jesteśmy martwi! Gnijemy za życia w tej pieprzonej, metalowej trumnie!

Adam go nie rozumiał. W Domu było wszystko, czego potrzebował do życia, za czym więc tęsknili Dan i Christian? O co im chodziło?

Rok później pochował Dana obok matki i Christiana. Stary umarł we śnie, choć poprzedniego dnia normalnie chodził, zrzędził i popijał z piersiówki.

Teraz, leżąc w ciemności, Adam nagle wszystko zrozumiał. Od ilu lat w ogóle się nie odezwał? Jak długo żył sam, pośród maszyn? Całe życie spędził w najstraszliwszym więzieniu, jakie mogło zaistnieć: własnym domu.

Podświadomie wiedział o tym cały czas, ale wyprawa do obserwatorium uświadomiła mu jedną rzecz: choć Dom wołał w kierunku innych ludzi, Adam pozostawał w nim sam. Był jedynym człowiekiem na Marsie. Był jedynym człowiekiem we wszechświecie.

Ile jeszcze będzie w stanie tak żyć? Jak długo? Po co? Czy to dlatego Christian podciął sobie żyły? Czy matka stanęła w obliczu tych samych pytań i umarła, kiedy zdała sobie sprawę z ich znaczenia. Czy to dlatego zatrzymało się serce starego Dana?

Co to oznaczało dla niego? Nie znał życia poza ścianami Domu. Nie pozna innego, bo nikt po niego nie przyleci. Kolebka ludzi została przez nich samych zniszczona, a ostatni członek gatunku wegetował w marsjańskiej klatce.

Adam leżał w ciemnościach, oblany lodowatym potem. Drżał i dygotał. Ściany zdawały się zacieśniać wokół niego i dusić. Modlił się w duchu, aby ktoś wtargnął do jego pokoju. Człowiek, obcy, zwierzę. Wszystko byłoby lepsze od tej stagnacji.

Następnego dnia nie podniósł się z pryczy. Leżał, wpatrując w sufit, ale dostrzegając miejsce, którego nie było. Oczyma wyobraźni wędrował po ziemi, oglądając krajobrazy z hologramów, jakie widział na komputerze.

Tato”, wołał w duchu. „Tato, ja tu nadal jestem. Przysięgłeś, że po mnie wrócisz i pokażesz mi ziemię. Zapomniałeś o mnie? Tato! Błagam, wróć!”.

Z początku Adam poruszał jeszcze ustami, ale potem leżał tylko bez ruchu. Gdyby ktoś siedział obok niego, pewnie nie zwróciłby na niego uwagi, nawet gdyby ta osoba wzięła go za rękę.

Potem jeszcze potoczył wzrokiem po kajucie i zamknął oczy.


* * *


- Dane z tego komputera były prawdzie, Thomas.

- Chrzanisz…

- Nie. Polecieliśmy tam.

- Dowództwo was puściło?

- Cóż… faktycznie ktoś się doczytał, że tam była baza.

- O, cholera. Coś tam znaleźliście? – W głosie Thomasa słychać było autentyczne zainteresowanie.

- Nie. Wiesz, ośrodek badawczy, obserwatorium. Zwykły naukowy szajs sprzed wojny.

- Aha? Znaczy, że przeczekali tam rozpierduwę i wrócili?

- Taaa, w najmniej odpowiednim momencie, tak. To znaczy nie. Były trzy groby i jeden sztywniak w koi.

- O rzesz w mordę…

- Co?

- Nie kapujesz?

- Nie.

- O ja pierdolę – emocjonował się Thomas. – Ci goście wrócili na Ziemię, zostali rozpieprzeni bez ostrzeżenia, a tam, na stacji, czekali na nich kolesie.

- No.

- Bez możliwości kontaktu, uwięzieni i samotni. Nie wiedzieli nawet, czy ktoś został na Ziemi!

- No, faktycznie kiepsko.

- Aha, ten sztywniak na koi, to był szczyl.

- To znaczy?

- No wiesz… miał z osiemnaście lat maksymalnie. Pewnie urodził się już tam, na miejscu. Biedaczysko, nie poużywał sobie w życiu…