Efekt motyla.
Kiedy Stary umarł, płakała cała wieś. Nie ma w tym wiele przesady, już gdy zachorował i nie miał siły wstawać z barłogu, ludzie chodzili podenerwowani i z niepokojem rozglądali się dookoła, jakby tylko jego obecność powstrzymywała cały świat, przed rzuceniem się na nich z kłami i pazurami. Była późna jesień, dni stawały się coraz krótsze, niebo przybrało barwę ołowiu, a z północnego wschodu wiał zimny, wilgotny wiatr. Praktycznie co dzień padał deszcz, a drogi zamieniły się grząskie koryta strumieni. Ludzie ze wsi nie mogliby pójść po uzdrawiacza, nawet gdyby wiedzieli, gdzie takiego szukać.
W zasadzie to od początku było wiadomo, że Stary z tego nie wyjdzie. Jego ciało było chude i nie wiele pozostało w nich sił. Każdy oddech przypominał rzężenie, wstrząsały nim drgawki, a czoło było gorące jak piec. Leżał pod kocami i szmatami, mamrocząc coś pod nosem i jedyne, na co miał siłę, to aby zjeść odrobinę papki z kaszy, jaką szykowały mu kobiety, czy oddać mocz na ścianę. Z potem wracał na legowisko, a drżączka jaka nim targała była tak silna, że nie potrafił okryć się kocem.
Umarł w nocy, nad ranem, wydawszy z siebie ciche westchnięcie. Kiedy Józiowa znalazła go przed południem, jego ciało ostygło. Od razu wybiegła z chaty i krzykiem zawiadomiła wieś o śmierci Starego. Ludzie stali nieruchomo, zastanawiając się, co z nimi będzie. Choć w głębi duszy wiedzieli, że ta chwila nadejdzie, to nie potrafili się na nią przygotować. Nawet kiedy Stary zachorował, każdy z wieśniaków odpędzał od siebie tę myśl, jak krowa muchy. A teraz było za późno.
Ciało zawinęli w kawałek zielonego płótna ze sznurkami, które pomógł im znaleźć Stary. Było to dobre piętnaście lat temu: poprowadził sześciu najtęższych mężczyzn ze wsi i znikli na półtora tygodnia. Jak Stary znalazł mapę, nie wiadomo, ale zawsze miał talent do wyszukiwania dawnych rzeczy. Mateusz nie wrócił, zabił się spadając do jakiejś studni, ale Michał podobno odłączył się i poszedł na psie dziewki i nigdy nie wrócił. Tego pierwszego opłakiwały dzieci i żona, tego drugiego nikt, bo zawsze był zakała. Stary i pozostała czwórka wrócili objuczeni workami z zielonego materiału i cholernie wytrzymałych sznurków. W środku przynieśli dawną żywność w metalowych puszkach, jakiejś lekarstwa (tylko Stary wiedział jak je podawać i które kiedy). Żaden z nich nie mówił zbyt wiele, co widzieli w wielkim świecie, bo pewnie omijali go szerokim łukiem. Ludzie ze wsi byli mądrzy: lepiej nieznajomego unikać, bo przypomni sobie o człowieku. Niemniej, po raz kolejny okazało się, że stary był człowiekiem wielu talentów i jeszcze większej liczby tajemnic. Swaróg, najmłodszy z całej grupy, podejrzał kiedyś, jak stary ogląda mapę i sam na nią rzucił okiem. Składała się z gęstej kratki linii poziomych i pionowych, opisanych jakiś symbolami, we wnętrzu której znajdowały się dziwne, bezsensowne i niekiedy koncentryczne zygzaki. Jak stary mógł cokolwiek z nich odczytać, pozostawało to dla niego tajemnicą nie do odgadnięcia. Fakt pozostawał jednak faktem: odnaleźli dziwny, podziemny skarbiec, wynieśli z niego tyle, ile się dało, poczym zapieczętowali wejście, ukryli je pod stertą gałęzi i wrócili do wsi. W późniejszych latach stary wracał do niego z ludźmi jeszcze dwa razy, a miejscowi podejrzewali, że samotnie wyprawiał się do niego znacznie częściej. Ich przypuszczenia znalazły potwierdzenie, kiedy pewnej wiosny, zaraz po powrocie ze swoich samotnych wypraw, powiedziano mu, że skończyły się leki i trzeba udać się do skarbca. Pokręcił wtedy przecząco głową i powiedział: “On już jest w Złych Ziemiach.”
Starego złożono do głębokiego grobu na polanie opodal rzeki. Było to jedno z jego dwóch ulubionych miejsc w dolince. Z początku chciano mogiłę wykopać pod płaczącą wierzbą, na polach, ale ziemia okazała się być tam podmokła i woda szybko napełniła dół. Drugi grób wykopano sprawnie, choć ziemia była już lekko zmarznięta. Zwłoki przeniesiono na prowizorycznych noszach i położono do grobu. Wokół zebrała się prawie cała wieś, dobre siedemdziesiąt osób, a ostatnie słowo miał wygłosić Maryś.
Maryś nigdy nie miał łatwego życia. Urodził się jako siódmy w rodzinie, miał trzech braci i tyleż sióstr, a rodzice mieli nadzieję, że przytrafi im się kolejna dziewczynka. Byli o tym tak przekonani, że przed rozwiązaniem ustalili, iż na imię będzie miała właśnie Maria. Dziewczynki były cenne, kawalerowie płacili ogromne pieniądze, byleby kupić sobie żonę. Maryś zrobił swoim rodzicem psikusa i ci do końca życia nie mogli mu tego wybaczyć. Ojciec powiedział kiedyś, że “lepiej darmozjada zagłodzić, niż łożyć na jego utrzymanie”, a matka zawsze łajała go, zaczynając od słów: “gdybyś był dziewczynką...”
Skutek takiego wychowania tylko pogorszył sytuację Marysia w rodzinie. Jeść rzeczywiście dostawa mało, jakby rodzice mieli nadzieję, że umrze z głodu, a ciągłe karcenie i docinki ze strony rodzeństwa sprawiły, że trzymał się z dala od ludzi. Spał w obórce i mało kogo interesowało co robił w trakcie wypasania świń.
Pewnej wczesnej jesieni, kiedy miał osiem lat, zapędził trzódkę do obórki, ale zamiast iść spać, postanowił powłóczyć się po lesie. Dwa lata wcześniej wpadł na pomysł, aby zastawiać sidła i w ten sposób zaczął uzupełniać mięsem okolicznych zwierząt ubogą dietę z kaszy i bulw. Był chłopcem sprytnym i drobnym, a nade wszystko robotnym, dlatego szybko znalazł sobie w jarach i wykrotach tereny łowne bogate w drobną zwierzynę, a nieznane okolicznym myśliwym. Mało kto zauważył, ale Maryś zaczął żyć własnym życiem, niejako obok, równolegle do wsiowego popołudnia, kiedy sprawdzał wnyki, znalazł na polanie Starego. Siedział na chwiejnym zydelku i czytał książkę, ciesząc się ostatnimi ciepłymi promieniami słońca. Przez chwilę Maryś obserwował go w milczeniu, zastanawiając się, kim tak naprawdę jest ten mężczyzna. Stary nigdy nie chadzał na pola, aby uprawiać zboże, nie sadził jarzyn w ogródku, nie doglądał sadu czy pszczół, nie pasał bydła. Zamiast tego mówił ludziom, jak skonstruować szopę, naprawić siekierę, leczył i doradzał, przepowiadał pogodę i warzył ziółka, które przynosiły ulgę cierpiącym. Jednym słowem był znachorem, mędrcem i gdyby urodził się jako kobieta, oskarżono by go o czary, a potem wygnano ze wsi lub ukamienowano czy spalono.
Maryś w zasadzie mógłby go ominąć, ale na tej polanie zastawił pułapkę na ptactwo. Po krótkiej chwili stwierdził, że przemknie się bokiem i sprawdzi wnyki, nie niepokojąc Starego. Ruszył skrajem drzew i już prawie dotarł do sideł, kiedy poślizgnął się i wywrócił. Kiedy wstał z ziemi, zobaczył, że Stary także zerwał się na równe nogi i trzyma w dłoni czarną pałkę z poprzeczną gardą. O jej pochodzeniu krążyły różne opowieści, bowiem jednego dnia stary rozbroił nią Józwę, który upił się księżycówką i biegał z siekierą po lesie. Próbował uderzyć Starego w głowę, ale ten zasłoni się pałką, potem szybkim ruchem wyrwał broń z ręki pijaka i obił go tak, że przez trzy niedziele dochodził do siebie. Po tym wypadku zaczął się jąkać, ale bimbru nie tknął już do końca życia.
Stary czujnie obserwował skraj polany i wkrótce wyłowił spomiędzy krzaków błysk kasztanowej czupryny Marysia. Uspokoił się i skinął na chłopaka przyjaźnie ręką.
- No, dalej, mały wyłaź i się nie bój. Nic ci złego nie zrobię.
W zasadzie Maryś zignorowałby go, ale skoro Stary już wiedział o jego obecności... Był to chyba jedyny człowiek we wsi, który nie dokuczał innym bez powodu. Zachęcony miłymi słowami wyszedł z krzaków i zbliżył się do mężczyzny.
- Co cię tutaj sprowadza, chłopcze? - zapytał uprzejmie.
- Nic... - odparł Maryś, nie wiedząc, czy można staremu zaufać i pokazać sidła.
- Nic? Czyżbyś wybrał się na spacer?
- Ja... Tak. Poszedłem na spacer.
- A co chcesz zbierać podczas tego spaceru? - spytał Stary, wskazując na torbę, która wisiała na ramieniu Marysia. - To nie pogoda na grzyby, a jagody w tej części lasu nie rosną.
Zapadła cisza. Maryś nie wiedział, co powiedzieć, a Stary czujnie go obserwował.
- To twoje wnyki, tam pod zwalonym pniem?
Maryś pokiwał twierdząco głową.
- Skąd wiedziałeś jak je skonstruować?
- Wymyśliłem je, jak świnie pasłem.
- Aha. - Stary pogładził zapadnięte i zarośnięte policzki. - Sam je wymyśliłeś?
- Tak.
- Ciekawe... ciekawe. I jak, zwierzęta w nie wpadają?
- Tak, ale czasem uciekają.
- A co byś powiedział, gdybym ci pomógł? - Stary mówił nieobecnym tonem, jakby w myślach układał dwa kolejne zdania. Z biegiem lat, Maryś miał doskonale poznać tę manierę i sam jej nabrać. - Umówimy się tak, że ja pokażę ci, jak skonstruować lepsze sidła, a ty przyniesiesz mi zwierzynę i z każdej czwórki wybiorę sobie jedno?
- To sporo.
- Wiem, ale dzięki moim wnykom nie ucieknie ci żadne zwierzę.
- Skąd masz wiedzieć, jak zrobić lepsze sidła? Nie jesteś myśliwym.
- A czy jadam mięso?
Faktycznie, z chaty Starego często było czuć pieczonym mięsem.
- Zgoda.
Tak się zaczęła ich współpraca. Z perspektywy czasu patrząc, Maryś zdumiewał się nad własną naiwnością, a potem cieszył się, że choć raz w życiu uśmiechnęło się do niego szczęście.
Stary pokazał mu, jak konstruować wnyki, z których nie powinno uciec żadne zwierzę, na które były zastawiane. Maryś przynosił schwytane zające, króliki, wiewiórki, szczury, czasem też krety i lisy. Stary zawsze dokładnie oglądał zwierzynę i wybierał jeden okaz na cztery złapane. Z początku Maryś obawiał się, że będzie mu odbierał najlepsze sztuki, ale tak się nie stało. Racja, Stary z żelazną konsekwencją pobierał daninę, ale nigdy nie czynił tego kosztem młodego myśliwego. Po dwóch latach tej współpracy, złożył mu kolejną propozycję:
- Nauczę cię czytać, w zamian za to, że będziesz mi przynosił większą zwierzynę.
- Nie umiem zastawiać na nią sideł.
W oczach Starego zamigotały wesołe błyski.
- Łżesz. Wiem dobrze, że od jakiegoś czasu próbujesz skonstruować na nie sidła. Po co masz ryzykować porażki, a być może nawet życie, skoro mogę ci podsunąć właściwe rozwiązanie?
- A co będziesz chciał w zamian?
- Oddasz mi tę partię mięsa, której sobie zażądam.
- Muszę najpierw przekonać się, czy te pułapki zadziałają./
- Nie ufasz mi?
Maryś milczał.
- Dobrze, masz rację - odparł Stary.
Zadziałały, a Maryś nauczył się czytać.
Początkowo uważał, że nic mu po tej umiejętność w świecie żyjącym z pory roku na porę roku, gdzie ambicje kończyły się na przeżyciu kolejnego przednówka, ale potem docenił tę zdolność.
Któregoś wieczora, kiedy miał prawie dwanaście lat, leżał w stogu siana i słuchał, wrzasków rodzącej. Kobieta mieszkała dwie chałupy dalej, ale darła się tak, jakby ją rozżarzonymi cęgami na kawałki darli. Asystowała jej położna, która swą funkcję pełniła tylko dlatego, że brała udział przy narodzinach, które w większości nie zakończyły się śmiercią matki albo dziecka. Stary zawsze mówił o niej jako o “głupiej, ciemnej babie”, a gdy udało jej się wyprowadzić kobietę z połogu, jako o “znachorce”. Próbując zasnąć i słuchając krzyków, Maryś zdał sobie sprawę z pewnej stałej zasady życia. Ludzie zawsze będą musieli jeść, zawsze będą chorować i zawsze będą umierać. Dzięki którejś z tych trzech rzeczy będzie w stanie ułożyć sobie wygodne, dostatnie i w miarę bezpieczne życie.
Najprościej byłoby zająć się dostarczaniem jedzenia, ale na bycie rolnikiem czy tylko myśliwym nie miał ochoty. Co więcej, nie było widoków na ziemię dla niego, a polowania i wnyki były zbyt nieprzewidywalne, aby opierać na nich przyszłe życie. Poza tym, nie dla niego było wypasanie bydła, czy oranie pola.
Zarabiać na ludzkiej śmierci też nie było łatwo. Podobno w dawnych czasach ludzie płacili za złożenie trupa do grobu, ale teraz każdy mógł go wykopać, więc nie potrzebowali... “grabarza”, tak to się chyba nazywało. Zmarłego w ostatnią drogę odprowadzał ktoś, kto znał się na życiu po śmierci, ale z tego nie da się wyżyć. Zwłaszcza teraz, kiedy ludzie nie mieli czasu wierzyć w nic poza nadzieją na dobre polny w przyszłym roku.
Pozostawały choroby i ich leczenie. W świecie mroźnych zim, gdzie łatwo było o wypadek, a kaszel mógł zwiastować koniec, to było najpewniejsze źródło utrzymania.
Maryś zakopał się głębiej w siano i nie zwracając uwagi na zawodzenia, poszedł spać. Nad ranem kobieta urodziła martwe, zgniłe dziecko i zmarła. Położna powiedziała, że nic się nie dało zrobić, ale zażądała swojej zapłaty. Zrozpaczony mąż oddał jej blaszane garnki, a potem chyłkiem opuścił z najstarszym synem dom i zatłukł staruchę, kiedy wracał lasem do domu. Jej resztki znaleziono dopiero następnej wiosny.
Następnego ranka Maryś poszedł do Starego i zapytał, co by chciał za pożyczenie mu książki o ziołach. Nie zgodził się, mówiąc że książka jest zbyt cenna, aby pozwolił ją wynieść z domu, jednak ma pewną propozycję. Zaproponował, że przyjmie Marysia za parobka i pomoc domową, a w zamian nauczy go leczenia ludzi. Razem będą dbać o ludzi ze wsi i tym samym zarobią więcej pieniędzy. Jeszcze tego samego dnia Maryś przeniósł swoje graty do szopy obok chaty Starego, nie pożegnawszy się z ojcem, matką i tymi braćmi, którzy pozostali w domu. Reszta sióstr odeszła już na swoje, a rodzice nie chcieli ryzykować kolejnego zawodu, jakim by czwarty syn, powszechnie uważany za niedojdę
Kolejne lata upłynęły mu w spokoju i dostatku. Razem ze Starym leczyli ludzi, ważyli mikstury i zbierali lecznice zioła. Przeżyli jeden napad i sprawili, że nie dość iż jego sprawców ukarano, to już nigdy nie zaznali przemocy. Stary specjalizował się w leczeniu ran i wyrobie lekarstw, Maryś przyjmował porody, rwał zęby i przeprowadzał proste zabiegi. Z czasem zastąpił swego nauczyciela, pozwalając mu na odpoczynek i ulubione zajęcie: czytanie książek.
Wieść o chorobie Starego doszła go w sąsiedniej wsi, położnej o trzy dni drogi przez bagna. Choć jej mieszkańcy byli samowystarczalni, to brakowało im uzdrowiciela, dlatego nie dość, że płacili rodzinnej osadzie Marysia trybut, to jeszcze każdy z leczonych przez niego chłopów obdarowywał go prezentami. To było życie!
Wbrew temu, co można by się spodziewać, Maryś nie rzucił wszystkiego i nie pojechał ratować nauczyciela. Dokończył zabiegi, odczekał dzień, aby upewnić się, że nie będzie żadnych komplikacji dopiero wtedy, zainkasowawszy opłatę, ruszył w drogę powrotną. Zajęła mu pięć dni.
Kiedy wreszcie dotarł w rodzinne strony, Stary już nie żył. Jego ciało wynoszono właśnie z chałupy, zawinięte w zielony materiał i ciasno oplątany linkami. Kondukt ruszył przez wieś i skierował się w las. Dotarli do polany, na której siedemnaście lat temu Maryś rozmawiał ze Starym o wnykach i złożyli ciało do grobu. Maryś mówił o tym, że nikogo takiego już nie spotkają. Przypominał jego dobre serce i życzliwość, ogromną mądrość i wiedzę. Potem tylko dodał, że Stary jest już zapewne w “niebie”, o którym pod koniec życia często wspominał i siedzi obok Wielkiego Naszego Świętego. Zasypali grób i ustawili nad nim krzyż. Ten symbol dla Starego wiele znaczył, w dawnych czasach oznaczał coś świętego. Potem wrócili do domów. Przez cała drogę miejscowi spode łaba łypali na Marysia, zastanawiając się, jaki będzie nowy “wiedzący”.
Powodów do takich rozważań mieli wiele. Maryś dał się poznać jako człowiek pamiętliwy i mściwy. Czasem bywał też okrutny, ale do tej pory jego humory powściągał Stary.
Ich obawy okazały się płonne. W zachowaniu Marysia nie zaszła żadna zmiana. Nadal leczył, szykował mikstury, radził jak naprawiać sprzęty, zbudować dymarkę, przechowywać zboże czy zbudować młyn nad rzeczką. Racja, słono sobie liczył za te rady, ale w ostatecznym rozrachunku zysków i strat, wieśniakom opłacało się tak żyć. Z czasem, przekonały się o tym także inne wsie. Wkrótce jego uwagi domagało się tyle głosów, że nie był w stanie sprostać wszystkim wymaganiom. Wziął sobie zatem ucznia, najpierw jednego, który stał się jego zastępcą, a potem kolejnych.
Maryś nauczył ich tego wszystkiego, co wpoił mu Stary, a także rzeczy, do których doszedł sam. Choć żyli pod jednym dachem przez ponad dziesięć lat, to jeden przed drugim miał tajemnice. Te marysiowe były dość zwyczajne: tutaj schował dla siebie kilka kąsków, kiedy indziej nie powiedział o zabiegu, w zamian zań przyjmując wdzięki pewnej dziewki, nie zwyczajowe opłaty.
Stary taił inne rzeczy. Chował książki, swoje zapiski, dziwne przedmioty. Maryś odkrył je tego wieczora, kiedy pochowali zmarłego. Stary nie pozostawił po sobie żadnych dzieci, prawda była taka, że jak sięgnąć pamięcią, nikt nie przypominał sobie, aby ten miał jakąkolwiek kobietę. Z tego powodu uznano, że jego jedynym spadkobiercą jest Maryś. Być może ktoś, na przykład sołtys, rościłby sobie prawa do majątki, ale wolał nie denerwować jedynego uzdrowiciela.
Maryś wszedł do chaty i rozpalił w kominku. Uporządkował bałagan na półkach i w kuchni, uprzątnął barłóg w kącie, a potem wszedł na strych i zaczął przeglądać rzeczy Starego. Większość jego dobytku stanowiły książki, pochodzące jeszcze z dawnych z czasów. Było ich pełno w całym domu, ale najcenniejsze znajdowały się na strychu: podręczniki sztuki przetrwania, medycyny, rzemiosła, szkolne i akademickie, atlasy geograficzne i medyczne, historyczne i poradniki, samouczki. To było źródło wiedzy Starego. Dzięki niej stał się wiedzącym. Najdziwniejszy był jednak skarbczyk, który znajdował się w szufladzie biurka.
Azyl Starego mieścił się na poddaszu i tworzyły go półki z książkami, staromodne biurko, fotel oraz kilka dziwnych, blaszanych pudeł z których sterczały grube pęki plastykowych kabli. Maryś nigdy nie widział, aby którekolwiek z nich zostało uruchomionych, ale to dlatego, że nie mieli prądu. Któregoś dnia zaproponował, aby zbudować agregat, ale stary sprzeciwił się, mówiąc że to zbyt niebezpieczne i nie można pozwolić sobie na ryzyko uszkodzenia aparatów. Nie dożył czasów, kiedy uda się je przywrócić do życia.
Siadając w fotelu, Maryś nie zwracał uwagi na blaszaki, ani książki. Jedyne, co go zaabsorbowało, to metalowe pudło, znalezione w szufladzie biurka. Było prostokątne i zamknięte na zamek. Po środku wieka znajdował się ruchomy uchwyt. Maryś szybko przeszukał pozostałe szuflady i zakamarki i nigdzie nie znalazł kluczyka. Już miał zejść na dół, kiedy przypomniał sobie pewien szczegół. Stary na szyi nosił srebrny łańcuszek, na którym wisiał krzyżyk. Kiedyś, kiedy mył się nad miednicą, Maryś spostrzegł, że obok niego dynda klucz. Wtedy nie zastanowiło go, do czego może on służyć. Teraz już wiedział.
Chłopak zmełł przekleństwo. Cholera jasna! Klucz był teraz dobre półtora metra pod ziemią! Przez chwilę zastanawiał się nad zejściem na dół, wyciągnięciem szpadla i rozkopaniem grobu, ale po chwili zrezygnował. Musiał być jakiś inny sposób.
Rzeczywiście był. Dwie godziny pracy młotkiem i dłutem pozwoliły sforsować zamek, nie uszkadzając przy tym zawartość metalowego puzdra. Jeśli Maryś liczyłby na skarby: złoto, szlachetne klejnoty, lekarstwa czy cokolwiek innego, srodze by się zawiódł. Prawda była jednak taka, że na tyle dobrze znał Starego, aby wiedzieć, że tamten człowiek cenił zupełnie inne rzeczy.
Wewnątrz, w plastykowych koszulkach znajdowały się mnóstwo wycinków z gazet (Maryś wiedział, co to były gazety, Stary kilkakrotnie opowiadał mu o dawnych czasach), kolejne, metalowe pudełko, tym razem jednak płaskie i okrągłe oraz oprawiony w skórę notes z napisem “Richter” na okładce.
Maryś otworzył pudełko. W jego wnętrzu w materiałowych kopertach znajdowały się plastykowe krążki. Wierzch każdego z nich był żółty, a na tym tle jakby dziecięcą rączką wyrysowano słońce i napisano: “DVD+/-” oraz słowa: “POL-SAT-TV”. Druga strona płytki była srebrna.
Nie wiedząc, co z nimi zrobić. Maryś odłożył pudełko do skarbczyka i przejrzał gazety w koszulkach. Nie było ich zbyt wiele, ledwie siedem i wszystkie poza jedną oznaczone były jako “grudzień 2012”.
Ta, która nie pochodziła z końca tamtego roku, nosiła datę “sierpień 2012”. W przeciwieństwie do pozostałych był to cały magazyn, nie wycinki. Krzykliwa okładka przedstawiała płonące miasta, ludzi uciekających w panice przed jakimś zagrożeniem, dziwne grzyby z płomieni, wyrastające na horyzoncie, a nad tym wszystkim wykrzywioną gębę jakiegoś rogatego człowieka. Największą czcionką napisano u góry strony tytuł: “Sfinks”, a pod spodem: “Jedyny wiarygodny magazyn ezoteryczny”.
Pod spodem rozrzucone były tytuły artykułów: “Konspiracja roku 2012 - Prawdy i mity”, “Tajemnice kalendarza Majów ujawnione!”, “Agharta - czy zbawienie przyjdzie spod Ziemi?”, “Znaki zwiastujące koniec”, “Armageddon, Ragnarok, Gehenna, Apokalipsa i inne wizje końca świata”, “Jak przetrwać Apokalipsę?”.
Kolejne gazety, wycinki tym razem, ułożone w porządku chronologicznym. Pierwsza pochodziła z 17 grudnia 2012 i nosiła tytuł “Fakty”. Na całej stronie widniało zdjęcie płomieni, pożerających samolot i budynki lotniska. Wielkie litery głosiły: “Potworna tragedia na Okęciu! - Tragiczna katastrofa, czy akt terroryzmu?!” Poniżej znajdował się krótki artykuł, dokończony na stronach drugiej i trzeciej. Autor, Jędrzej Witkowski, pisał w nim:
“Wczoraj o godzinie 17.12 doszło do potwornej katastrofy na warszawskim Okęciu. Boeing 747 niemieckich tanich linii lotniczych “GermanAir” lądował awaryjnie, wypadł z pasa i uderzył w wieżę linii kontroli lotów. Pod wpływem uderzenia budowla zawaliła się, grzebiąc pod gruzami 56 osób personelu. Dodatkowo, zginęła cała załoga (10 osób) oraz wszyscy pasażerowie (69 osób), w tym nadzwyczajny komisarz UEFA ds. afery Euro 2012 pan Michaił Antoniwcz Smirnoff (57 lat) wraz ze współpracownikami. Powołano specjalną komisję, której zadaniem jest wyjaśnienie przyczyn tragedii.”
Na stronach drugiej i trzeciej szczegółowo opisywano ostatnią fazę tragicznego lotu, ilustrowano ją specjalną mapką i przytoczono część rozmów z wieżą kontrolną. Szczególną uwagę autora zwrócił zagadkowy okrzyk kapitana lotu Heinricha Flicka (39 lat): “O mój Boże, to bo...” Samolot nie zgłaszał żadnych awarii, podchodził do lądowania zgodnie z planem i nic nie zapowiadało tragedii. Do czasu zamknięcia numeru, nie udało się ustalić pełnej listy ofiar, ponieważ nie została przekazany spis pasażerów na pokładzie.
Kolejny artykuł pochodził z “Super Kuriera” i nosił tytuł: “Czy terroryści z Al-Kaidy uderzyli na Polskę?”. Ukazał się 18 grudnia i na tytułowej stronie przedstawiał powiększoną niewyraźną fotografię przystojnego mężczyzny o ciemnych oczach, gęstych brwiach i jednodniowym, czarnym zaroście. Zdjęcie, z którego je wzięto przedstawiało szedł pewnym krokiem przez zatłoczoną, ogromną halę, ubrany był w garnitur, a w ręku niósł neseser. Maryś nigdy nie widział tak wielkiej budowli, ani tylu ludzi w jednym miejscu., zdawać się mogło, że zgromadzono tam kilkanaście wsi, którymi się opiekował.
“Daymian Akyian, czy to nazwisko terrorysty-samobójcy, który zdetonował przedwczoraj bombę na pokładzie samolotu, który rozbił się na Okęciu? Świadkowie twierdzą, że po wylądowaniu, kadłub został uszkodzony przez wybuch, a następnie uderzył w wieżę kontroli lotów. Komisja, badająca szczegóły tej sprawy, nie podała jeszcze żadnych szczegółów, ale nasi eksperci dotarli do listy pasażerów, na której znajduje się nazwisko tadżyckiego biznesmena Daymian Akyian, lecące z Moskwy do Warszawy w interesach. Nasz informator w Służbie wywiadu potwierdził, że człowiek ów był podejrzany o kontakty z Al.-Kaidą.”
“Gazeta Wyborców” z 20 grudnia donosiła o wypowiedzi prezydenta Rosji, który wyraził zaniepokojenie postępami w śledztwie i zaproponował pomoc jego śledczych przy rozwiązaniu sprawy, ponieważ “na co dzień spotykają się z przejawami bliskowschodniego terroryzmu”. Poniżej znajdowała się dość obcesowa odpowiedź polskiej minister sprawiedliwości, która mówiła, że “Rosja zawsze wtykała się nieswoje sprawy i przejawiała zapędy totalitarne. W ten sam sposób Austria rozpętała Pierwszą Wojną Światową i być może Rosji brakuje pomysłów na poszerzenie swojej strefy wpływów, dlatego odwołuje się do znanych i sprawdzonych wzorców”.
“Codziennik” z 21 grudnia 2012 donosił o niezwykłej sytuacji z dnia poprzedniego. Artykuł miał tytuł “Wojna Nerwów” i opisywał o tym, jak podczas wywiadu dla POL-SAT-TV” prezydent Rzeczypospolitej w ostrych słowach skrytykował prezydenta Rosji i jego propozycję, nazywając ją aktem zaboru i mieszania się w wewnętrzne sprawy kraju. Powiedział, że nie dopuści do wciągnięcia ojczyzny w szpony ruskiego imperium, oraz jeśli trzeba odwoła się do pomocy Stanów Zjednoczonych, NATO oraz Unii Europejskiej.
Gazeta sugerowała, że słowa prezydenta były wypowiedziane zbyt pośpiesznie i bez pomyślunku. Zdenerwowany przez młodego dziennikarza pytaniami o insynuowany przez opozycję udział w “aferze Euro 2012” oraz możliwych mataczeniach brata, byłego premiera, dał się ponieść nerwom.
Szósty artykuł był napisany bardzo drobną czcionką, na żółtym papierze. Maryś dopiero po chwili zdołał odnaleźć tytuł gazety, wydrukowany w prawym górnym rogu strony. “Rytm Biznesu.” Czytając jedną kolumnę po drugiej, złapał się na tym, że nic nie rozumie. Autor przywoływał dane i pojęcia, o których uzdrowiciel nie miał najmniejszego pojęcia, używając ich do opisania świata, którego ten nigdy nie widział, nie poznał i nie próbował nawet zrozumieć. “Efekt Domino” musiał być w tamtych czasach synonimem końca świata, serii nieszczęść i upadku. Przynajmniej w dziedzinie “gospodarki”, czymkolwiek by ona dla artykuły nie była.
Ostatni wycinek pochodził z gazety “Prosto” i podobnie jak “Sfinks” szczycił się okładką upstrzoną w płonące miasta. wielkimi, czerwonymi literami wydrukowano tytuł: “CZY TO JUŻ KONIEC?”. Gazeta nosiła datę 29 grudnia 2012.
W przeciwieństwie do “Sfinksa”, “Prosto” wydrukowało nie rysunki, a zdjęcia, które nawet Marysia przyprawiły o dreszcz. Na jednym z nich widać było rozłożyste miasto, pełne szerokich ulic, parków i ludzi, nad którym dominowała dziwna, ażurowa iglica. Na nieboskłonie widać było dwa słońca. Choć wyglądały bliźniaczo, to kula jasności z prawej sprawiała złowieszcze wrażenie. Po przeciwnej stronie kartki wydrukowano panoramę zrównanej z ziemią metropolii, która musiała w dawnych czasach opasywać obydwa brzegi szerokiej rzeki. Jedyne, co się ostało, jeżeli nie liczyć ruin domów, to przęsła zarwanego mostu i kwadratowa wieża widoczna gdzieś tle.
Oprócz nich na kolażu fotografii widoczne były zabiedzone twarze uciekających, długie kolumny uchodźców na drogach, ciała leżące w rowach, przedziwne maszyny jeżdżące i latające, które pluły do siebie ogniem.
Artykuł był po część histerycznym bełkotem. W obliczu sowieckich wojsk podchodzących pod linię Wisły, paniki w rządzie, bomb spadających na największe metropolie Europy, autor zadawał sobie pytanie, jak to możliwe, aby przez jedną głupią wypowiedź w telewizji, kilkanaście milionów Euro, zagarniętych przez sprytnego biznesmena spod Gliwic, upadła ponad dwustuwiekowa cywilizacja.
Maryś przez chwilę spoglądał na te gazety i nagle zrozumiał, co musiał nosić w sercu Stary. Był człowiekiem zupełnie innej epoki, która skończyła się... no właśnie, jak dawno temu? Tak naprawdę, nikt nie wiedział, ile lat miał Stary, ani jak naprawdę się nazywał. Niemniej, jego zamiłowanie do książek, zbieractwo starych rupieci i te samotne wyprawy, musiały być częścią rozdzierającej jego serce nostalgii za dawnymi czasami.
Nagle tknięty nabożną czcią wobec tych reliktów epoki, która już nie wróci, odłożył je ostrożnie do metalowej skrzynki i sięgnął po ostatni, skryty w niej skarb.
Z początku myślał, że to jakaś specjalna książka, bowiem miała identyczne rozmiary, co najmniejsze okazy z biblioteczki. Jego przypuszczenia rozwiały się, kiedy tylko otworzył pierwszą stronę. Zamiast równego druku, zobaczył rozchwiane, pajęcze i bez wątpienia odręczne pismo.
Na pierwszej stronie dwa zdania głosiły: “Tomasz Barbiak. Efekt Motyla.” Maryś szybko przewrócił stronę i zaczął czytać, zagłębiając się w opus magnum Starego. Nie zdawał sobie sprawy, że jego nauczyciel pracował nad nim przez te wszystkie lata, poświęcając na rozwiązanie jednego problemu cały swój czas. Dlaczego to robił? Odpowiedź prosta: musiał mieć pewność, czy słusznie oskarżał się o wywołanie Trzeciej Wojny Światowej? Pisał, że to była jego autoterapia, praca badawcza i obsesja w jednym.
Maryś spędził nad pamiętnikiem, ogółem ponad 400 stron, cała noc. Szybko nauczył się wprawnie odczytywać drobne pismo i rozpoznawać styl Starego. A może powinien myśleć o nim jako o Tomaszu Barbiaku?
Pierwszych trzydzieści osiem stron stanowił opis zjawiska, zwanego “efektem motyla”. Była to ogólna, paranaukowa teoria, nie znajdująca poparcia w matematyce, fizyce czy innej nauce ścisłej, wedle której uderzenie skrzydeł motyla w Indonezji było w stanie wywołać tornado w Stanach Zjednoczonych. Poprzez związek przyczynowo-skutkowy różnych, wpływających na siebie wydarzeń, stosunkowo nieznaczący drobny szczegół, mógł wpłynąć na cały świat. Stary uczepił się tej teorii jak rzep psiego ogona. Analizował ją pod każdym możliwym kątem i rozdzielał włos na czworo nad niuansami, których Maryś istnienia nawet by nie podejrzewał. W pewnym momencie gotów był ją zarzucić, ale po gruntownym przemyśleniu sprawy, wrócił i zaczął ją badać ze zdwojonym zaangażowaniem.
Upewniwszy się że teorię efektu motyla można zastosować do analizy faktów historycznych, zaczął zbierać i porządkować wydarzenia. Wtedy to właśnie skonstruował prądnicę i uruchomił jeden z komputerów, które stały na poddaszu. Wykorzystawszy archiwum telewizji w której pracował przed wojną, sporządził dokładny ciąg wydarzeń, które doprowadziły do wojny, a potem zaczął dopasowywać doń wydarzenia ze swego życia, chcąc się przekonać, czy rzeczywiście miały taki wpływ, o jaki je podejrzewał. Potem, z jakichś powodów, rozmontował prądnicę i poprzysiągł nie składać jej od nowa.
Tomasz urodził się 18 lutego 1982 roku w Rząchowicach, małej wsi pod Białym Stokiem. Dzieckiem był cichym i spokojnym, posłusznie wykonującym polecenia rodziców. Miał dwie starsze siostry i brata. Jeden, jedyny raz, sprzeciwił się ojcu, kiedy po zdanej na piątkach maturze powiedział, że chce iść na studia. Wybuchła straszna awantura, bowiem jego ojciec, Krzysztof Barbiak, wymarzył sobie, że młodszy przejmie po nim gospodarkę. Kłótnia była tak głośna, że musiała słyszeć ją cała wieś. Efekt był taki, że Tomek spakował swoje rzeczy w jedną, starą walizkę zapinaną na skórzane paski i opuścił chyłkiem dom rodzinny, kiedy rodzice poszli na niedzielną sumę. Do Warszawy przyjechał nie znając innego adresu, jak Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Przez egzaminy przeszedł jak burza i dostał się na pierwszym miejscu, zaraz po laureatach olimpiad przedmiotowych. Dostał miejsce w akademiku, stypendium naukowe i pomocowe, a także znalazł pracę jako pomocnik redaktora w “ Super Kurierze”. Na jeslieni 2000 roku rozpoczął pięcioletnie studia magisterskie. Do trzeciego roku studiów szło mu całkiem nieźle, choć miał opinię kujona i mola książkowego, oraz nieszkodliwego dziwaka. Ani razu nie odwiedził rodzinnego domu, nikt do niego nie napisał, ani nie zadzwonił. Wszelkie kontakty z rodziną się urwały.
Wiosną 2003 roku poznał Anitę. Dziewczyna pracowała od roku w bufecie wydziału, ale Tomek rzadko tam zaglądał. Kiedy się spotkali, od razu zrozumieli, że to była miłość od pierwszego wejrzenia. Dziewczyna pochodziła z tradycyjnej rodziny, dlatego rodzice z początku krzywo patrzyli na chłopaka, ale wkrótce przekonali się, że jest porządny, spokojny i nie pije, dlatego po cichu cieszyli się z wyboru córki. W 2005 roku Tomek skończył studia i ożenił się z Anitą. Szczęście uśmiechnęło się do nich, kiedy zaangażowano go do Telewizji “POL-SAT-TV”. Nie minął rok, a mieli mieszkanie W Wilanowie, dobry samochód i spodziewali się dziecka.
Ich życie upływało szczęśliwie i spokojnie, jak wspominał Stary nie raz później miał ochotę się zabić, gdyby tylko miał pewność, że pośmiertny sen będzie kontynuacją tamtego życia. Kryzys zaczął się w lipcu 2012 roku. Anita ponownie zaszłą w ciążę. Tym razem jednak nie przebiegała ona tak gładko, jak poprzednio. Kobietę dręczyły nudności i bóle, zemdlała w domu i rozbiła głowę o kant blatu kuchennego. Tomek w tym czasie pełnił funkcję redaktora naczelnego głównego wydania wiadomości. Lato spędził całe w pracy, relacjonując przebieg Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie, a potem przebieg sejmowych komisji śledczych, powołanych do wyjaśnienia afer, narosłych wokół ich organizacji. W grudniu miał wziąć wolne, aby przez ostatnie miesiące ciąży być przy żonie, ale wtedy z zespołu odszedł prowadzący Tomasz Wilk. Rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania jego zastępcy. Funkcję tę objął Robert Kossakowicz i już podczas pierwszego wydania popełnił gafę, myląc dwie z prawicowych partii kanapowych. Przed kolejnym wystąpieniem, Tomek postanowił go zmotywować. Dopadł go przed windą i zaczął podsuwać ostatnie rady przed bardzo ważnym wywiadem z prezydentem Rzeczypospolitej. Robert słuchał go w skupieniu, kiwając głową i powtarzając tylko: “To jasne”, albo: “Masz mnie za dziecko?”, czy “Nie musisz mi tego mówić, nie jestem głupi”. Wtedy motyl zamachał skrzydłami. Tomek nie wytrzymał i rzucił coś obcesowo, potwornie denerwując Roberta. Co go podkusiło? Czy to stres związany z pracą? Troska o zdrowie żony? Zazdrość? Konkurencja? A może to, że był człowiekiem, który z natury “wie lepiej”?
Pokłócili się koszmarnie. Robert wjechał do studia, rzucając na odchodnym:
- Jeszcze ci pokażę, jak się robi prawdziwe dziennikarstwo!
I pokazał.
Tak samo jak Tomek wsiadł na niego przed wejściem do studia, tak on przycisnął swego rozmówcę do desek. Prezydent był niewysokim, tłustawym człowieczkiem o aparycji żaby. Mówił niewyraźnie, mamrocząc pod nosem, przekonany o własnej wyższości i nieomylności. Jego nienawiść do wschodnich i zachodnich sąsiadów była tajemnicą poliszynela, podobnie jak nieobliczalność po odsunięciu brata od rządów. Robert zadawał mu coraz trudniejsze pytania, a że był bystrym dziennikarzem (poza tym studiował prawo), zdołał go przygwoździć w kilku sprawach. Rozjuszony polityk popadł w buńczuczne zapowiedzi, obiecują wytropienie wszelkich spisków, stojących za kompromitacjami Polski na arenie międzynarodowej.
Wtedy motel zamachał skrzydłami drugi raz, choć Tomasz podejrzewał, że to był pierwszy zefirek, zwiastujący huragan.
- A kto za nimi stoi, panie prezydencie? - spytał.
- Oni! - sapnął nienawistnie ropuch.
- Czyli kto?
Zefir zamienił się w wiatr.
- Rosja i Niemcy. Komuniści i faszyści.
To był trudny czas dla Polski. Euro 2012 co prawda się odbyły, ale przesłoniły je wielkie afery i malwersacje finansowe, które goniły jedna drugą, jak pochód szkarady. Z ramienia UEFA dochodzenie w tej sprawie nadzorował Michaił Antoniwcz Smirnoff, który kilka dni wcześniej zginął w katastrofie lotniczej na Okęciu. Cały świat uznał, że był to zamach terrorystyczny. Oliwy do ognia dolała propozycja prezydenta Rosji, który zaproponował, iż polskich śledczych wspomogą ich rosyjscy koledzy po fachu, którzy na co dzień mają do czynienia z czeczeńskimi aktami ekstremizmu. Sama propozycja wywołała histerię w polskim rządzie, który od razu zaczął ustami swego rzecznika wrzeszczeć o ingerencji w politykę wewnętrzną i próby naruszenia suwerenności.
Słowa prezydenta dolały oliwy do ognia.
Wypadki potoczyły się z prędkością światła. Następnego dnia prezydent Rosji zażądał oficjalnych przeprosin, podobnie jak kanclerz Niemiec zresztą. Pałac prezydencki schował głowę w piasek, co nikogo nie dziwiło zresztą, bowiem robił tak przy okazji każdej wpadki. W odpowiedz Rosja odcięła gaz. W zasadzie można było jeszcze tę lawinę zatrzymać, ale widząc tak radykalne działania, ktoś nadgorliwy w dowództwie NATO postawił jednostki w stan gotowości bojowej. Rosjanie odpowiedzieli tym samym. Za ich śladem poszli Amerykanie, Chińczycy, Pakistańczycy oraz Indie. Świat przypominał bandę rewolwerowców, którzy stoją nad przewróconym stolikiem do pokera z coltami w dłoniach, nie wiedzą co dalej zrobić, ale nie mogą opuścić już broni.
W takiej sytuacji wystarczy jedna iskra.
Padła 29 grudnia o 3.46 rano.
W historii ludzkości było kilka przypadków, kiedy klucz ptaków wędrownych został wzięty za pociski. Żołnierze stacji nasłuchowych NATO, Stanów Zjednoczonych i Rosji byli przeszkoleni i wiedzieli, jak należy potwierdzić atak nuklearny. Pakistańczycy najwidoczniej nie.
Dwadzieścia dwa lata po umownej dacie zakończenia Zimnej Wojny, ludzkość skoczyła sobie do gardeł. Największe spustoszeni podobno spotkały Azję, gdzie ogółem spadło 12 bomb. W Europie było ich ledwie osiem, z czego trzy pociski dosięgły stolic europy Zachodniej: Londynu, Paryża i Brukseli, tyle samo uderzyło w Rosję, zmieniając w jałowe i trujące pustkowia St.Petersburg i Moskwę. Ostatni pocisk uderzył w kosmodrom Bajkonur. Jedna, zabłąkana rakieta spadła na Kaliningrad. Atak nuklearny okazała się być uwerturą dla wojny konwencjonalnej, która trwała około półtora roku.
Tutaj pamiętnik stawał się niedokładny. Polska miała to nieszczęście, że stała się polem bitwy dla wojsk Rosji i NATO. W trakcie walk w kąt rzucono wszelkie konwencje, stosując broń atomową małego zasięgu, chemiczną i biologiczną. Tomasz nie pisał nic o jej przebiegu poza tym, że przestał widywać samoloty. Zamiast opisywać swoje dalsze dzieje, zaczął roztrząsać jedną, nękającą go myśl: czy to on rozpętał wojnę? Czy to on był motylem, którego skrzydła wywołały międzynarodowy kryzys? Z jednej strony, dyby nie ochrzanił Roberta, ten nie zaatakowałby prezydenta i wtedy nie padłyby nierozsądne słowa. Przeglądając resztę zapisanych drobnym pismem kartek, Maryś przekonał się, że Stary zmagał się z tym problemem do końca swoich dni.
Maryś spędził nad notatnikiem kilka dni. Bredzenia Starego nic go nie obchodziły. Widać było, że w jakiś sposób uważał się za winnego tragedii i sam przed sobą próbował rozstrzygnąć, czy to na jego sumieniu spoczywa piętno winy, czy może był tylko jednym z trybików wielkiej machiny. Miotał się od jednej skrajności do drugiej. Szalał, kiedy myślał o swojej rodzinie, choć nigdzie w pamiętniku nie napisał, co się stało z ciężarną żoną i dzieckiem. Podobnie milczał na temat, jakim cudem zdołał ocaleć i ukryć się we wsi. Zainteresowało go jednak położenie miast, oraz wszystkie informacje o atomowym holocauście, jakie mógł znaleźć. Wiele tego nie było, ale miał pewność, że gdzieś poza dolinami musiała istnieć jakaś cywilizacja.
Koniec końców, Maryś dał sobie spokój z głupimi bredniami Starego i wrócił do leczenia, konstruowania dymarek, sideł i pobierania opłat. Rok w rok budował swoje małe imperium, rządząc nie żelazną pięścią, a wiedzą. Minęło wiele lat, a ludzie uznali go za swego opiekuna i mentora, tego, który bezpiecznie prowadził ich przez życie. Dlatego, kiedy do jednej z wsi na skraju doliny wjechały metalowe pojazdy, przybiegli do niego po radę i pomoc.
Wielkorusuni rozmawiali z nim jak równi z równym.
Dali im światło, prąd, lekarstwa i żywność. Maryś zrozumiał, za jakim życiem tęsknił Stary. I dlaczego wieczorami pochlipywał, klnąc na przemian swój parszywy los.